Rekolektyw.pl logo.png

Małgorzata Rejmer

 

Kołyski i trumny

 

Spiker rumuńskiej telewizji oznajmia, że sekretarz generalny partii Nicolae Ceausescu głęboko boleje nad postawą Rumunek, które nie chcą rodzić dzieci. Żeby pomóc im zmienić to egoistyczne nastawienie, towarzysz Ceausescu wprowadza Dekret nr 770, na mocy którego dokonywanie aborcji będzie odtąd karane więzieniem.

- W ten sposób - oświadcza spiker - zapisujemy nową kartę historii w naszej chwalebnej walce przeciwko dekadencji imperializmu.

Od 1 października 1966 roku prawo do antykoncepcji i aborcji mają tylko te kobiety, które wywiązały się z patriotycznego obowiązku i urodziły przynajmniej czworo dzieci. Albo skończyły czterdzieści lat i wzrasta ryzyko, że powiją dziecko ułomne, gdy tymczasem naród potrzebuje „witalności, młodości i wigoru”.

Na IX Zjeździe Rumuńskiej Partii Komunistycznej Ceausescu podkreśla, że przedsięwzięcie drastycznych kroków jest konieczne i nieuniknione. Członkowie partii są tego samego zdania - gdy milkną ostatnie słowa sekretarza, podrywają się z miejsc. Niesie się po sali jednostajny huk oklasków. Klaszczą i mężczyźni, i kobiety. Mężczyźni się uśmiechają, kobiety nie.

*

Nazajutrz dzienniki z niekłamanym uznaniem piszą o dalekowzrocznej polityce sekretarza generalnego, który dokłada wszelkich starań, by uczynić z Rumunii światową potęgę. Partia ukuwa hasło „Dwadzieścia pięć milionów Rumunów w 2000 roku!”. Brakuje jeszcze sześciu milionów, dlatego obywatelki muszą brać się do roboty.

Będzie im łatwiej, bo ze sklepów znikają prezerwatywy. Czasem można jeszcze kupić spod lady globulki z chininą, które pieką tak bardzo, że bardziej przypominają środek żrący niż antykoncepcyjny. Ale i tak wszyscy są przyzwyczajeni, że problem niechcianych ciąż rozwiązuje się aborcją.

Rumuni są zdezorientowani: uchwałę przyjęto z dnia na dzień, a większość kobiet nie ma pojęcia o swojej fizjologii. Edukacja seksualna nie istnieje, mało która matka potrafi rozmawiać z córką o zapobieganiu ciąży. Koleżanki szepczą sobie na ucho: „Wlej do środka wrzącą mamałygę”, „Skacz na jednej nodze”, „Biegaj po schodach”.

W 1967 roku w Rumunii przychodzi na świat dwa razy więcej niemowląt niż jeszcze rok wcześniej. Dzieci z tego rocznika, rekordowego w historii kraju, jak żadne inne poczują na własnej skórze niewydolność państwa: zabraknie dla nich miejsc w żłobkach, przedszko-lach, szkołach, zabraknie dla nich pracy i mieszkań.

Gdy w 1989 roku wybuchnie rewolucja, „dekreciaki”, jak mówi się w Rumunii na dzieci wyżu demograficznego z pierwszych lat po przyjęciu dekretu, będą wkraczały w dorosłość. I będą zdawać sobie sprawę, że w komunistycznej, upadłej Rumunii nie ma dla nich przyszłości. Będą rozgoryczone i wściekłe i będą chciały śmierci tego, który sprowadził je na świat. Śmierci Ojca Narodu.

Tymczasem jest rok 1966, Ojciec Narodu poucza Rumunki, by rodziły, a Rumunki uczą się, jak sobie radzić. Wymieniają się sposobami i nazwiskami. Szykują koperty. Gotują garnki z wodą. Rozkładają ceraty. Stojąc na progu wynajętych mieszkań, podają przez szparę w drzwiach umówione hasła.

W komunistycznej Rumunii kobieta miała być po pierwsze robotnicą, po drugie matką, a po trzecie żoną. W roku 1974 podczas Krajowej Rady Partii jedna z uczestniczek wygłasza płomienne przemówienie:

- Kobiety cieszą się absolutnym poparciem partii. Partia stwarza warunki do tego, żeby nie uważać ich za kobiety, ale za ludzi takich samych jak mężczyźni.

Gdy dekret wszedł w życie, pani Maria skończyła dwadzieścia pięć lat i, jak mówi, była z niej babeczka, że ho, ho. Dziś ma prawie siedemdziesiąt lat, na małym nosie grube szkła, szpakowate włosy, drobne ciało i mnóstwo werwy. Całe życie spędziła w Bukareszcie, gdzie pracowała jako dyrektorka szkoły podstawowej.

- W Rumunii jest takie powiedzenie: „Kobieta to jest krowa do dojenia i wół do ciągnięcia”. Jest też inne, że kobieta jest koniem, którego się dosiada, ujeżdża, a potem przywiązuje do słupa. To wszystko tkwiło w ludzkich głowach przez wieki, zalęgło się jeszcze za Turków. Mężczyźni uważali, że seks im się należy. Nawet nie było pojęcia gwałtu, bo czym niby miałby być gwałt? Kobieta miała dać, i już. W latach sześćdziesiątych przyjechałam do Polski i umówiłam się z polskimi znajomymi pod hotelem. Czekam i czekam, nikogo nie ma. Spotykam ich na drugi dzień, pytam, dlaczego mnie tak wystawili, a oni: „No przecież czekaliśmy na ciebie w hotelu, w restauracji przy wejściu!”. Co?! W Rumunii nikomu się w

głowie nie mieściło, że kobieta może sama wejść do restauracji. Sama?!

Najgorzej miały te, co rodziły nieślubne dzieci.

- Jakby im napisano na czole „prostytutka” - wspomina dalej pani Maria. - Czasem udawało się przekonać faceta, żeby wziął ślub z ciężarną chociaż na parę miesięcy, żeby nie było takiego wstydu. W małych miastach kobiety, które zachodziły w ciążę, zaraz uciekały z domu albo czekały tylko, żeby urodzić, zostawiały dziecko w szpitalu i w nogi. W Rumunii było bardzo wiele sierot, rodziło się mnóstwo nienormalnych dzieci po nieudanych aborcjach. To się okazało dopiero po śmierci Ceausescu, że te dzieci żyły w sierocińcach gorzej niż psy, gołe, głodne, schorowane. Ja byłam w wyjątkowej sytuacji, bo miałam rodzinę za granicą, która dostarczała mi środki antykoncepcyjne. Mało kogo stać było na taki luksus. Jak przychodziłam w gości i miałam ze sobą watę i prezerwatywy na prezent, to w rodzinie było święto narodowe.

Pani Oana jest pulchną sześćdziesięciolatką o mahoniowych włosach. Mówi szybko i często się śmieje, nawet z rzeczy, które mało kogo by śmieszyły. Kiedyś była inżynierem, teraz jest już na emeryturze.

- Każdy zna te historie. Ktoś doniósł, więc ktoś dostał wyrok. Kobieta, która miała aborcję, szła na sześć miesięcy do więzienia, lekarzowi wlepiali jakieś dwa lata i grzywnę. W szpitalach były specjalne komisje, które badały, jak wyglądało łyżeczkowanie pacjentki z krwotokiem: czy jej ktoś wcześniej nie pomagał poronić. Kobiety wkładały do macicy wszystko, co było ostre. Wiadomo, robiły się rany, ale o to chodziło, żeby wywołać krwotok i żeby to się wreszcie wylało. Na wsi to się używało wrzeciona, drutów, szydełek, ale też korzenia chrzanu, łodyg jakichś roślin, dziurawca, lubczyku. Najlepszy był łopian, bo miał długą, twardą łodygę, stosowało się go do leczenia ran. Łopian działał odkażająco i był jak nóż. Idealny. Nie mogę patrzeć spokojnie, jak kobieta robi na drutach. Mnie się te druty kojarzą z jednym. Może to jakaś obsesja jest, nie wiem. Ja mam prawie sześćdziesiąt jeden lat, to chyba powinnam już o tym zapomnieć, prawda? Wyjechaliśmy z mężem za miasto niedawno, on łowi ryby, ja sobie usiadłam na kocu, patrzę na krzewy, na piołun, pokrzywę, osty, myślę: „Tym by się dało; tym nie”.

Kobiety umierały od tego. Wykrwawiały się albo zabijało je zakażenie.

- A nie wolno było udzielić pomocy krwawiącej kobiecie, póki nie wyda tego, kto przeprowadzał aborcję. To sobie pani może wyobrazić, jaki to był wybór. Trafiali na przykład na trop akuszerki, a ona miała w ciągu ostatniego miesiąca trzy kobiety u siebie. No to trafiali też do tych kobiet. A u nich w domu po dwoje, troje dzieci i nikt się nie zastanawia, co z nimi będzie, jak matka trafi do więzienia. Tyle złamanych ludzkich życiorysów.

Pani Oana uśmiecha się do siebie. Kręci głową, jakby nie mogła uwierzyć w to, co mówi.

- Oczywiście, że miałam aborcje, jak każda - ciągnie. - Trzy razy przeszłam skrobankę, za każdym razem koleżanki pomogły mi kogoś znaleźć. Wszystko szło pocztą pantoflową: ten albo ta robi za tyle i tyle. Dentysta, mechanik, akuszerka. Nieważne, czy po medycynie, ważne, żeby to była zaufana osoba. Raz poroniłam sama: wywołałam krwawienie i musiałam pójść do szpitala. Bałam się bardzo, ale trafiłam na dobrego człowieka, bo zgodził się wpisać w papiery „poronienie samoistne”, nawet o nic nie pytał. Kobiety kombinowały z cesarkami: jak dwa razy miałaś cesarskie cięcie, to przysługiwała ci potem legalna aborcja. Ale trudno było przekupić lekarza, żeby się zgodził, bo każdego roku był limit cesarek na szpital, co dziesiąty poród mógł się tak kończyć, więc lekarze stosowali ją tylko wtedy, kiedy naprawdę było zagrożenie życia. Mam syna. O tamtych dzieciach nie myślę i powiem pani, żadna kobieta, która przeszła przez to piekło, nie zastanawia się, czy to wszystko było moralne, czy nie. To nie była sprawa moralności, tylko godności. Jak tylko mogłyśmy, walczyłyśmy, żeby normalnie żyć w tych nienormalnych czasach.

- Nikt, nikt absolutnie się nie zastanawiał: „Mam prawo, nie mam prawa”. - Pani Maria wzrusza ramionami. - Ludzie się nie zastanawiali, czy są zniewoleni, czy nie. Myśleli raczej: „Skąd wezmę jutro mleko dla dziecka?” albo: „Gdzie teraz mogą coś rzucić?”. Jak ja miałam w mieszkaniu sześć stopni ciepła, to proszę pani, czy ja myślałam, jak się zbuntować przeciw Ceausescu, czy jak ogrzać łazienkę, żeby córka nie dostała zapalenia pęcherza, kiedy będzie robić siusiu?

Dekret obowiązywał przez dwadzieścia trzy lata, ale nikt nie zaprotestował, nikt się nie zbuntował.

Ówczesne magazyny dla kobiet, na przykład „Femeia”, uznają, że decyzja o zakazie aborcji jest ze wszech miar słuszna, bo proceder usuwania ciąży, prowadzony na masową skalę, zagraża społecznemu bezpieczeństwu. Podawane są statystyki: sześćdziesiąt lat temu na rodzinę przypadało czworo dzieci, a teraz mniej niż dwoje.

Socjalistyczna gospodarka potrzebuje rąk do pracy, bo to one dźwigają ciężar syste-

mu. W propagandzie komunistycznej „reprodukcja siły roboczej” określana jest jako „ogromny zaszczyt i obowiązek patriotyczny”. A produkcja obywateli ma prowadzić do „rozkwitu społeczeństwa i zwycięstwa socjalizmu w Rumunii”.

- Można się zastanawiać, czy uległość Rumunów to zwykłe tchórzostwo - dodaje pani Maria. - Ale wszyscy dobrze pamiętali, co było za rządów Gheorghiu Deja w latach pięćdziesiątych, kiedy ludzie znikali z dnia na dzień. Umierali w obozach pracy, z głodu i wycieńczenia. Czterdzieści, sześćdziesiąt, sto tysięcy, nikt ich nie zliczy. Żyło się z myślą, że w jednej chwili nie zostanie po tobie żaden ślad.

Nicolae Ceausescu też wiedział, jak łamać opornych: zastraszaniem i szczuciem jednych na drugich, tak żeby społeczeństwo kontrolowało się samo. Tajna policja polityczna widziała i słyszała wszystko. Na wielką skalę instalowano podsłuchy, a tam, gdzie nie docierały, wysyłano ludzi. Koleżanki z fabryki mogły donosić na siebie nawzajem. Cieć z bloku mógł zapisać w kajecie, kto kogo odwiedzał i jaką torbę miał ze sobą. Pielęgniarka mogła donieść na lekarza, co robi po godzinach i ile na tym zarabia.

- Moja matka mówiła mi, żeby zawsze trzymać język za zębami - wspomina pani Oana. - Nikogo nie interesują twoje zmartwienia, powtarzała. A jeśli interesują, to po to, żeby wykorzystać je przeciwko tobie.

- Wszyscy bali się podsłuchów i donosów, wszyscy. - Pani Maria kręci głową. - Kiedy u mnie w pracy zaczynały się rozmowy o tym, że jest zimno w domu, że nie ma mleka, mię-sa, że całą noc stało się w kolejce, żeby zdobyć karton jajek, ja zaraz wychodziłam do ubikacji i zamykałam się na klucz. A co będzie, jak ktoś doniesie, że to ja narzekałam? Akurat straciłam męża i bałam się, że jeśli pójdę do więzienia, to córka zostanie sama, bez opieki. Zresztą, powiedzieli mi kiedyś: „Niech się pani nie wychyla, córkę ma pani jedną, a to ładna dziewczyna, szkoda by jej było na sierociniec”.

Raluca, rocznik 1985, ma pięcioro rodzeństwa. Ojciec Raluki był robotnikiem, a mama krawcową - żeby wykarmić rodzinę, szyła całymi nocami. Wszystkie jej dzieci przyszły na świat po 1966 roku.

- Mama powiedziała mi, że było jej tak ciężko, że gdyby mogła usunąć kolejne ciąże, toby usunęła. Ale podziemie to był szemrany świat łapówek, poręczeń, poleceń, konspiracji. Trzeba było się znać i sobie ufać. A mama nie ufała nikomu i bała się. Gdyby trafiła do więzienia, kto by się nami zajął?

Mama Raluki urodziła czworo dzieci i teoretycznie przysługiwało jej już prawo do aborcji. Ale w 1984 roku Ceausescu zmienił dekret - odtąd ciążę mogły usunąć tylko kobiety, które na osobistym liczniku miały piątkę dzieci i skończyły czterdzieści pięć lat.

Chcąc nie chcąc, pod koniec 1984 roku mama Raluki urodziła piąte dziecko.

Zaraz potem znowu zaszła w ciążę, ale przez pierwsze pięć miesięcy nie zdawała sobie z tego sprawy, a aborcja była dozwolona tylko do końca pierwszego trymestru. I na świat przyszła Raluca.

W uznaniu zasług jej mama dostała Medal za Macierzyństwo I klasy. Gdyby urodziła jeszcze jedno dziecko, zostałaby odznaczona Orderem Matczynej Chwały III klasy. Za dziesięcioro dzieci przysługiwał tytuł Matki bohaterki i jednorazowa wypłata dwóch tysięcy lei, czyli połowy średniej pensji.

Wszyscy bracia i siostry Raluki mają wyższe wykształcenie. Raluca mówi biegle w czterech językach i tłumaczy na rumuński literaturę angielską. Cieszy się, że jest z rodziny wielodzietnej, bo wszyscy opiekowali się sobą nawzajem.

- Nie wierzę, że Ceausescu wiedział o tym wszystkim, co się działo w Rumunii. On był tylko marionetką w rękach swoich doradców. Ludzie wykonywali jego polecenia, ale źle je rozumieli. Gdyby Ceausescu wiedział, jak żyli ludzie tutaj, nie pozwoliłby, by tak cierpieli.

*

Stefan, rocznik 1978, drugie dziecko swoich rodziców:

- O dekrecie w domu się nie mówiło. To w szkole dzieciaki gadały, że jest coś takiego jak kondom, że to się wkłada na penisa i dzięki temu nie ma dzieci. I że u nas nie można tego kupić, dlatego w klasach jest po czterdzieści dzieciaków i więcej. Sześciu Stefanów, siedem Cristin, pięciu Alexandrów. Dzieci pytały się nawzajem: „A ciebie chcieli?”. Przezywały się: „Ty wyskrobku!”. Nie zastanawiałem się nigdy nad tym; rodzice byli dla mnie dobrzy, bardzo troskliwi, nie miałem powodu, żeby o tym myśleć. Ale któregoś razu, gdy już byłem na-stolatkiem, i to hardym, pokłóciłem się o coś z ojcem i nagle matka mi przerwała: „Zastanów się, co mówisz, bo gdyby nie ojciec, nie byłoby cię na świecie”. Od razu zrozumiałem, o co jej chodzi. Przypominałem sobie wszystko, o czym się rozmawiało na przerwach. Że nasze matki robiły skrobanki w domach, w kuchni, w łazience, na ceracie. Że nigdy o tym nie

opowiadają. I że lepiej ich o nic nie pytać.

Nie mogłem tego pojąć. Moja matka, lekarka, wykształcona, silna kobieta, też mogła dokonać aborcji? Kilka tygodni później, gdy gotowała zupę, zapytałem ją, czy przerwała ciążę. A ona wzruszyła ramionami: „Raz tu w kuchni, na stole, a drugi raz na tapczanie w dużym pokoju”. I jak gdyby nigdy nic stała dalej przy kuchence i mieszała w garnku. Wyszedłem z kuchni i popłakałem się. Nigdy więcej nie zapytałem jej ani o dekret, ani o aborcje.

Według różnych danych przyjmuje się, że w ciągu dwudziestu trzech lat obowiązywania dekretu z powodu powikłań po nieudanej aborcji zmarło w Rumunii od dziewięciu i pół tysiąca do dziesięciu tysięcy kobiet. Tak podają oficjalne statystyki, ale wielu zachodnich badaczy uważa, że są one zaniżone.

Kobiety zazwyczaj rodziły pierwsze i drugie dziecko, a decyzję o aborcji podejmowały, gdy wiedziały, że nie są w stanie wyżywić kolejnego. Dlatego te, które umierały wskutek powikłań po aborcji, pozostawiały za sobą osierocone dzieci i bezradnych mężów.

Dan, rocznik 1974, pierwsze dziecko, opowiada:

- Mój dobry kolega z podstawówki wychowywał się bez matki i nigdy o niej nie wspominał. Dopiero gdy mieliśmy już po dwadzieścia parę lat, a znaliśmy się przecież od dziecka, upił się ze mną i powiedział, że jego matka umarła z wykrwawienia, w szpitalu, bo nie chciała wydać człowieka, który przeprowadzał aborcję. Jego ojciec siedział przy jej łóżku i błagał ją, by powiedziała, bo jest z nią bardzo źle, bo umiera, a on nie da sobie rady z dzieckiem. Ale ona się zaparła. Powiedziała, że nie chce żyć w takim kraju. Mój kolega opowiadał mi o tym i płakał.

W filmie dokumentalnym Dzieci z dekretu Florina Iepana pokazano, jak traktowane były „zdrajczynie narodu”. Te, które umarły wskutek nieudanej aborcji, były publicznie potępiane na uniwersytetach i w zakładach, w których pracowały. Zdarzały się sytuacje skrajne: w 1985 roku, po śmierci młodej robotnicy z fabryki tekstyliów w Bukareszcie, władze zażądały, by orszak pogrzebowy zatrzymał się pod oknami fabryki. Każda z pracownic miała zobaczyć na własne oczy, czym może się skończyć nielegalny proceder. Wszystko działo się na oczach trojga dzieci zmarłej, które płakały i krzyczały: „Mamo!”.

Pytałam Rumunów o dokument Iepana - mało kto go widział. W telewizji został wyemitowany raz, w 2004 roku, po dwudziestej drugiej. Nie wywołał żadnych debat. Temat przymusowych aborcji zniknął w niepamięci.

- Ludzie nie chcą o tym myśleć - mówi pani Oana. - To jest dramat całego społeczeństwa, który każdy chciałby wyprzeć ze świadomości. Wszyscy zostali tym okaleczeni, wszyscy. Oprócz rodziny Ceausescu i jego najbliższego dworu, nie było rodziny, która nie zostałaby tym dotknięta.

Przełomem stał się dopiero film 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni Cristiana Mungiu z 2007 roku opowiadający o ciężarnej studentce i jej przyjaciółce, które przechodzą przez wszystkie kręgi piekielne komunistycznej Rumunii, próbując zorganizować nielegalną aborcję. Człowiek od „sytuacji alarmowych”, czyli usuwania zaawansowanych ciąż, wykorzystuje zaszczucie dziewczyn i obydwie gwałci. Samozwańczego medyka zagrał Vlad Ivanov, który po międzynarodowym sukcesie filmu stał się jednym z najpopularniejszych aktorów rumuńskich.

- Cristianowi zależało, by film zobaczyło jak najwięcej osób, dlatego zorganizował „kino obwoźne” i jeździł z nim po wsiach i małych miasteczkach - opowiada Vlad Ivanov.

Zło, którego doświadczyły kobiety, zyskało twarz Ivanova.

- Gdy pracowaliśmy nad rolą, przychodziło mi do głowy, że gram diabła - dodaje. - Ale potem okazało się, że kobiety nie widzą we mnie aktora, tylko postać z filmu, człowieka, który dokonywał aborcji. Często wybuchały płaczem na mój widok. Przypominałem im ich strach i rozpacz. Pamiętam pewną sytuację z Tel Awiwu. Na sali trwała projekcja, ja i Cristian siedzieliśmy w kawiarni należącej do kina. Nagle z sali wybiegła jakaś kobieta. Zobaczyła mnie, stanęła jak wryta i się rozszlochała. Okazało się potem, że była to Żydówka, która mieszkała w Rumunii za czasów Ceausescu i wiele razy przechodziła przez to piekło. Usiadła z nami i opowiedziała nam wszystko. Znaliśmy dobrze te historie, wszystkie były podobne, ale mieliśmy łzy w oczach.

Do końca życia nie zapomnę, jak Cristian sprowadził akuszerkę, żeby pokazała nam, jak się wkłada do macicy sondę, by wywołać skurcze. Paląc papierosa, demonstrowała, jakby tłumaczyła, jak gotować jajko. Zapytaliśmy, czy nigdy nie przeżywała tego, co robiła. Wzruszyła ramionami. „Robiłam to setki razy, byłam w więzieniu, potem znowu robiłam. Sobie samej kilkanaście, dwanaście, czternaście, kto by to zliczył”. I paliła dalej papierosa. Obaj byliśmy wstrząśnięci.

Pani Gabriela, lat pięćdziesiąt pięć, jest z zawodu inżynierem, ale dla kobiet, które potrzebowały jej pomocy, liczyło się tylko to, że jej wujek był lekarzem. Pani Gabriela miała pomagać.

- Pierwsza zasada: nie przeprowadzamy nigdy aborcji w domu wujka, bo wiadomo, że jest obserwowany. Wynajmowaliśmy pokoje albo kobiety same znajdowały bezpieczne miejsca. Staraliśmy się mieć środek znieczulający, ale nie zawsze udawało się go załatwić. Kobiety były bardzo dzielne. Zdeterminowane. Krzyczały, bo to był potworny ból. Ale wiedziały, że muszą się trzymać. Czasem przypomina mi się ten krzyk. Tylko krzyk, bo już nie pamiętam kobiet, które krzyczały.

Sama miałam dwa razy skrobankę, ale cztery razy zastosowałam własny sposób: jak tylko widziałam, że okres się spóźnia, choćby o parę dni, natychmiast wypijałam parę kieliszków wina i szłam do łazienki polewać całe ciało gorącą wodą. To jest potworny ból, boli tak, że po prostu nie możesz oddychać, na trzeźwo nie da się znieść. Ale zawsze działało.

Niektóre kobiety miały aborcję po kilkanaście razy, dla nich to już była rutyna: cerata, wrzątek, łyżeczkowanie, powrót do domu. Niech pani zwróci uwagę: nie znam kobiet, które by miały więcej niż dwoje dzieci. Może na wsi, tam było trudniej, ale w mieście kobiety zawsze znalazły sposób, żeby oszukać władzę.

Nic dziwnego, że tropili wszystkich i wszędzie. Kobiety w fabrykach musiały chodzić na przymusowe kontrole ginekologiczne, niby zaglądali w macice, żeby szukać raka, ale szukali płodów. Szło się do lekarza z bolącym zębem, a i tak się lądowało na fotelu ginekologicznym, bo „musimy sprawdzić, jeśli jest pani w ciąży, lek może zaszkodzić dziecku”.

Wujek w końcu wpadł, bo wyniósł raz ze szpitala narzędzia do aborcji i go nakryli. Dostał pięć lat, pokazowo. I wie pani co? Przez pięć lat w więzieniu ciągle robił aborcje, bo strażnicy przyprowadzali mu swoje żony, córki i znajome na skrobanki. Wyobraża sobie pani coś takiego? Człowiek siedzi w celi za nielegalne aborcje i do tej celi strażnik przynosi mu garnek z wrzącą wodą, żeby wygotował narzędzia.

Na początku 1988 roku Ceausescu ogłasza narodziny dwudziestotrzymilionowego obywatela.

- Jesteśmy wolnymi ludźmi i panami własnego losu - uświadamia dyktator swój naród. - Mamy wspaniałą ojczyznę o wysoko rozwiniętej gospodarce objętej procesem modernizacji.

Przekaz dla ludu zajmuje niemal cały czas antenowy tamtego dnia - ze względu na galopujący kryzys sygnał telewizyjny jest nadawany tylko przez dwie godziny dziennie, od dwudziestej do dwudziestej drugiej. Poza tym - czarna plansza.

W latach osiemdziesiątych Ceausescu postanowił, że energia narodu zostanie prze-znaczona na spłatę zadłużeń, by Rumunia mogła stać się w pełni niezawisła. Produkty spożywcze i surowce eksportowano, zostawiając niewielkie ilości na rynek wewnętrzny. Po domach chodziły specjalne komisje, które sprawdzały, czy nikt nie oświetla pokoju więcej niż jedną żarówką i o mocy nie większej niż czterdzieści watów. Zimą temperatura w mieszkaniach rzadko dochodziła do dziesięciu stopni. Oficjalnie nie mogło być więcej niż dwanaście, ale dwanaście to już prawdziwy gorąc. Nawet szpitale nie były ogrzewane, wyjątkiem była sala, do której trafiały noworodki. Jeśli śmiertelność nowo narodzonych dzieci przekroczyła pułap określony w ustawie, lekarze mieli potrącane dwadzieścia procent pensji.

Statystykami śmiertelności kobiet nikt się specjalnie nie interesował. W 1989 roku umieralność matek w Rumunii była najwyższa w Europie.

- Przemarznięte szczury, żyjące w półmroku, w zawilgoconych klitkach jak w kanałach. Tacy byliśmy - mówi pani Oana. - A na dodatek były z nas głodne szczury, karmione propagandą, bez odrobiny wiary, że cokolwiek może się zmienić. W 1988 roku nikomu się nie śniło, że rok później Ceausescu zostanie zabity, choć wszyscy sobie życzyli: „Żeby zdechł”.

Jeszcze w 1989 roku nikt nie wierzył, że Ceausescu może odejść. Chociaż we wszystkich krajach bloku radzieckiego po kolei obalano komunizm, w Rumunii najczulsze ucho nie słyszało, żeby system trzeszczał. Dopiero w grudniu, gdy ludzie wyszli na ulicę, wybuchła rewolucja.

- Ach tam, rewolucja. - Pani Maria macha ręką. - Niech pani tak tego nie nazywa. Cholera wie, co to było, ani zamach stanu, ani powstanie. Wiadomo, że Rosjanie i Amerykanie maczali w tym palce, taka to była rumuńska rewolucja.

Kiedy Nicolae i Elena Ceausescu siedzieli na ławie podczas pospiesznego procesu, Elena powtarzała w kółko:

- Dzieci moje, czemu to robicie? Przecież jestem waszą matką!

Wyrok śmierci wydano po dwóch godzinach procesu i natychmiast wykonano.

Dan był na ulicach Bukaresztu w tłumie manifestujących, kiedy ogłoszono, że Ceausescu nie żyje.

- I skakałem z radości - wspomina. - Mógłbym go zabić gołymi rękami, choć teraz czuję wstyd. Ale sama egzekucja Ceausescu... To było coś sakralnego, to był obrzęd rytualny. Wszystko zdarzyło się w Boże Narodzenie, a zaraz po tym, gdy go zabito, w całej Rumunii zaczął padać śnieg. Zabijając go, odzyskaliśmy wolność. Pamiętam, myślałem wtedy: „Co za chwila, co za dzień, co za los”. My go zabiliśmy, my, ludzie z generacji, którą sam stworzył. Dzieciaki, które zapełniły ulice, i ja wśród nich, wszyscy byliśmy jego dziećmi, dziećmi z dekretu.

- Śmierć Ceausescu przypomina mi historię naukowca, który przeprowadza szalony eksperyment, a potem zostaje zamordowany przez to, co wyszło spod jego rąk - mówi Olivia Nitis, feministka, kuratorka i krytyczka sztuki. - Społeczeństwo rumuńskie jest społeczeństwem milczenia, nie ma tradycji buntowania się przeciw władzy. Nic dziwnego, że Ceausescu wprowadzał w życie wszystko, co zaplanował: nikomu przez myśl nie przeszło, że można mu stawiać opór.

Totalitaryzm wchodził ludziom do domów, zaglądał do garnków i do łóżek. Ludzkie życie było sprawą państwa.

- Teraz też Rumuni nie chcą rozmawiać o swojej przeszłości, a kobiety o swoich do-świadczeniach - dodaje Nitis. - Nie funkcjonuje coś takiego jak przepracowywanie traumy czy zbiorowa terapia. Nikt nie chce słuchać kobiet, które przeszły przez piekło dekretu, a one same nie chcą o tym mówić.

Po śmierci Ceausescu pierwszą zmianą w prawie było zniesienie zakazu aborcji. Dzisiaj usunięcie ciąży znowu jest traktowane jako metoda antykoncepcji. Zabieg kosztuje równowartość stu, dwustu złotych i można go przeprowadzić w każdym szpitalu.

Ania, Polka, która mieszka w Bukareszcie od kilku lat, przeżyła szok, kiedy zaczęła dzielić się ze znajomymi nowiną, że jest w ciąży.

- Wszyscy pytali: „I co, będziesz rodzić?”. „Naprawdę? A zastanowiliście się?”

- Pamiętam swoją pierwszą wizytę u ginekologa w Bukareszcie - opowiada Cristina, trzydziestoletnia Niemka. - Chciałam się upewnić, że jestem w ciąży. Lekarz zbadał mnie, powiedział, że ciąża jest, i zapytał, czy chcę usunąć. Nigdy więcej już do niego nie poszłam. Kiedy trzeba było pójść do ginekologa, wsiadałam w samolot i leciałam do Niemiec.

W 2008 roku w Rumunii na dwieście dwadzieścia tysięcy urodzeń przypadało sto dwadzieścia siedem tysięcy aborcji.

Wbrew nadziejom Ojca Narodu w 2000 roku nie świętowano narodzin dwudziesto-pięciomilionowego Rumuna. W kraju żyło wówczas ponad dwadzieścia jeden i pół miliona osób. Dane z ostatniego spisu powszechnego zdumiały wszystkich - dwadzieścia trzy lata po śmierci Ceausescu jest zaledwie dziewiętnaście milionów Rumunów, co oznacza, że w ciągu dekady ubyło dwanaście procent obywateli.

Główne powody: emigracja i niski wskaźnik urodzeń.

Do wymarzonych dwudziestu pięciu milionów wciąż brakuje sześciu milionów istnień.

Tekst ukazał się w książce Małgorzaty Rejmer „Bukareszt. Kurz i krew” (Czarne, 2013).

 

Mirosław Wlekły - Tekst ukazał się w "Dużym Formacie" 27.11.2012

 

EN

PL

 

Stowarzyszenie Reporterów - Rekolektyw.pl - 2016

Rekolektyw.pl logo.png

PL

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

PL

Rekolektyw.pl logo.png
Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL