Rekolektyw.pl logo.png

Katarzyna Brejwo

 

Kiedy zabójca nalewa ci piwo

Zatrudni pan byłego partyzanta? - zapytałam właściciela firmy budowlanej. - Pracuję z ludźmi, nie ze zwierzętami – odpowiedział.

 

Tego dnia Laura Vlloa jak zawsze wraca ze szkoły autobusem.

 

Przez okno widzi już dom, kiedy kierowca nagle hamuje. Do środka wpadają uzbrojeni mężczyźni, każą dzieciom pochylić głowy. Jeden przeciska się na koniec i próbuje wyrwać ją z fotela. "Proszę pana, pas!", krzyczy, bo pas bezpieczeństwa - obowiązkowy w szkolnym autobusie - zaciska się jej na brzuchu (potem zostanie w tym miejscu czerwona pręga).

 

Zdąży jeszcze złowić spojrzenie siostry, w którym strach miesza się ze zdziwieniem. Później Laura dowie się, że to ją chcieli zabrać, ale nakryła się tornistrem. Pomyśli, że dobrze się stało - siostra to jeszcze dziecko, ma siedem lat (Laura - jedenaście).

 

Dzieci w milczeniu patrzą, jak wynoszą ją z autobusu. I kierowca patrzy. Jest dla niej jak wujek, woził ją do szkoły, odkąd skończyła cztery lata. Teraz ma lufę pistoletu przy skroni i taki żal w oczach, że Laurę większy strach ogarnia od tego spojrzenia niż od widoku mężczyzn w kominiarkach.

 

Wiozą ją za miasto, w góry. Pod lasem czeka inna grupa, w mundurach w panterkę. Ma iść w ich stronę; jeśli spróbuje uciec, będą strzelać. Robi parę kroków, a wtedy mężczyzna, który wyrwał ją z fotela, dogania ją i przyciska do piersi. - Wszystko będzie dobrze, nic się nie bój, skarbie - szepcze i przytula tak mocno, że Laura czuje bicie jego serca, a na szkolnym mundurku odciska się plama potu z jego koszuli.

 

Później dowie się, że to był Efraim, ogrodnik jej rodziców. Pracował u nich pięć lat, miał siostrę w jej wieku. Na Boże Narodzenie całą rodziną chodzili do nich do domu z prezentami. Pożegnali go rok temu; powiedział, że dostał lepszą pracę gdzie indziej.

 

Ale na razie Laura nie rozpoznaje w obcym Efraima. Dziwi ją tylko, że dorosły facet nagle rozkleił się jak dziecko. Sama nie płacze, nie krzyczy. Każą iść - idzie. "Zupełnie jakby wszystko we mnie stanęło, zamarło", tak będzie o tym później opowiadać. Jest październik 2001 roku. Następnego dnia w radiu podadzą, że uczennica piątej klasy, córka zamożnych przedsiębiorców rolnych z Cali, została uprowadzona przez partyzantów z FARC, Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii.

 

Lekcja

 

W domu Laura miała pokój zamykany na klucz, łazienkę z ciepłą wodą i gosposię na każde zawołanie. W obozie pokazują jej namiot, który będzie dzielić z bojowniczką. Toaleta - za drzewem. Nawet na siku nie może iść sama, cały czas jej pilnują.

 

Myśli, że jak będzie niegrzeczna, to porwą sobie inną dziewczynkę, a ją odeślą do domu. Kaprysi przy jedzeniu, z posłania zwleka się najpóźniej jak może, na pytania odpowiada burknięciami albo wcale. - Po tygodniu dotarło do mnie, że to nie skutkuje.

 

Następnego dnia wchodzi do namiotu kuchni polowej uśmiechnięta. Łyżki zastygają w powietrzu, kiedy pyta chłopaków z oddziału, jak im się spało. Od tej pory ma cel: przeżyć ten czas najlepiej, jak się da. - Wiedziałam, że moi rodzice zamartwiają się na śmierć. Pomyślałam, że jak wrócę cała i zdrowa, jakoś im to wynagrodzę.

 

Przestaje się obijać podczas musztry. Biega, czołga się, robi pompki, aż na chudych ramionach wyskoczą mięśnie. Pomaga w kuchni, uczy się szybko zwijać i stawiać namiot, maszeruje kilometrami i nie marudzi, że bolą nogi.

 

Na zajęciach z marksizmu podnosi rękę, kiedy prowadzący wychwala socjalizm na Kubie. - Co to za równość, skoro wszyscy są biedni? - pyta. (Tak naprawdę powtarza to, co usłyszała do taty. Strasznie się denerwował, oglądając wieczorem wiadomości).

 

- Siedź cicho - słyszy w odpowiedzi.

 

I tak za każdym razem, aż w końcu grożą jej - trochę żartem, jak to dzieciakowi - że na czas nauk ideologicznych będzie odsyłana do namiotu na drugi koniec obozu. To już woli słuchać: o tym, że FARC powstało, żeby bronić biednych chłopów przed wyzyskiem ze strony panów, i że jest największą armią partyzancką w Ameryce Łacińskiej, która zaprowadzi w jej ojczyźnie socjalizm i szczęście.

 

- A co będzie, jak ucieknę? - pyta czasem.

 

- Zastrzelimy cię.

 

- A jak ktoś przyjdzie mnie uwolnić?

 

- Zastrzelimy i ciebie, i jego.

 

Mija pierwszy miesiąc, drugi, a oni cały czas obiecują jej, że zaraz wróci do domu. Laura wie, że jej ojciec będzie musiał zapłacić okup (dzieci w Kolumbii wiedzą wszystko o porwaniach). I że ktoś już do niego w tej sprawie przyszedł. Może Efraim? Niedawno spotkała jego siostrę. Elena siedziała na pniu zwalonego drzewa, zawołała ją po imieniu. Na kolanach trzymała karabin, wydawała się dużo starsza niż rok temu, kiedy bawiły się na trawniku przed willą państwa Vlloa.

 

Wreszcie każą jej się pakować. - Biegałam po obozie i rozdawałam swoje rzeczy. Koleżance, co zawsze marzła, dałam koc, komuś innemu menażkę. I jak już zostałam w butach i mundurze, gotowa do drogi, dowódca spojrzał na mnie i powiedział: "Prima aprilis!".

 

Jest 28 grudnia, dzień, w którym Kolumbijczycy robią sobie kawały.

 

Drugi raz, kiedy mówią jej, że wraca do domu, tylko machnie ręką. Uwierzy dopiero, kiedy dowódca poda jej kartkę z zapisanym rozkazem - "Libera a Laura", uwolnić Laurę. Płacze trochę z radości, a trochę z żalu, że będzie musiała ich wszystkich zostawić.

 

Trzy dni maszerują przez góry do wioski, gdzie ma zostać przekazana rodzinie. W umówione miejsce podjeżdża samochód. Laura wie, że po porwanych rzadko zgłaszają się członkowie rodziny - zbyt duże jest ryzyko, że porywacze mogliby wziąć nową ofiarę. Ale otwierają się drzwi i z samochodu wychodzi jej ojciec. - Przygarbiony, chudy, siwiuteńki. Jakby minęło 20 lat, a nie osiem miesięcy.

 

Obce słowa

 

Mieli dostać z powrotem ukochaną córeczkę, przyjeżdża guerillera. Postura jak u chłopaka, na brzuchu sześciopak, na nogach strupy i zadrapania.

 

Przy kolacji Laura mówi ojcu, że powinien rozdać ziemię chłopom.

 

Przez telefon dziennikarzom, że należy zaprowadzić socjalizm (Telefon dzwoni cały dzień, wywiad z Laurą chce mieć każda gazeta i stacja radiowa w Cali. Rodzice podsłuchują pod drzwiami i płaczą).

 

Kiedy do domu zaczynają dzwonić partyzanci (Laura zostawiła im swój telefon i adres), ojciec zmienia numer.

 

Dawne koleżanki ją nudzą. Ile można gadać o nowym modelu dżinsów? Na urodzinach i przyjęciach wybiera towarzystwo dorosłych; dzieciaki piją lemoniadę w ogrodzie, a ona w salonie rozprawia z ich rodzicami o polityce. Czasem ma wrażenie, że wypadają z niej obce słowa. Jakby jakiś inny głos siedział w głowie i dyktował, co mówić. Nikomu się z tego nie zwierza; zresztą - kto by zrozumiał?

 

Wieczorami siedzi nad książkami. Rodzice mają nadzieję, że odrobi stracony rok, wróci do szkoły, potem na studia. Ale Laura już obiecała partyzantom, że jak tylko skończy osiemnaście lat, wraca do FARC.

 

Anna

 

Kiedy ogrodnik Efraim planuje porwanie córki swoich pracodawców, 150 kilometrów na południe Anna Rojas, studentka piątego semestru prawa, podejmuje inną dramatyczną decyzję.

 

Na uniwersytecie w Popayan gotuje się od polityki. Studenci organizują wiece, zebrania, dyskusje. Anna - drobna, nieśmiała, z włosami w kucyk i dołeczkami w policzkach - nigdy się polityką nie interesowała. Na zebrania partii komunistycznej zabiera ją koleżanka, z którą dzieli pokój w akademiku.

 

Dowiaduje się na nich, że Kolumbia mogłaby być rajem na ziemi. Ma przecież ropę, węgiel kamienny i gaz ziemny, rudy żelaza, cynku, miedzi, złoto, srebro i największe na świecie złoża szmaragdów. W ciepłym, wilgotnym klimacie można uprawiać kawę, bawełnę, tytoń, trzcinę cukrową, kakaowiec, ryż, kukurydzę, ziemniaki - i to przez cały rok, bo Kolumbia nie zna zimy.

 

Jak to się dzieje, że w tak bogatym kraju połowa ludności żyje poniżej granicy ubóstwa? - pytają na wiecach, dyskusjach i zebraniach studenci. Ponieważ prawie cała ziemia należy do kilkudziesięciu rodzin. Bogate elity mają wszystko, reszta - nic.

 

Nie daje to Annie spokoju. Czyta Marksa, Engelsa, Simóna Bol~vara (był bojownikiem o niepodłegłość krajów Ameryki Łacińskiej). Zaczyna działać w partii. Na początku nic specjalnego - rozwiesza plakaty, organizuje spotkania.

 

We wrześniu zgłasza się do oddziału FARC - na miesiąc, góra dwa, tak jak robi wielu znajomych z uczelni (trzeba sprawdzić się w terenie, przekonują). Dostaje mundur, buty za duże o jeden numer i nowe, rewolucyjne imię: Milena. Będzie się zajmowała łącznością: redagowaniem komunikatów FARC i edukacją innych partyzantów (do plecaka wkłada kilka książek). Rodzicom nic nie mówi, w końcu jest dorosła, właśnie skończyła 19 lat. A poza tym po co ich martwić? Zanim się obejrzą, będzie z powrotem na uczelni.

 

Jeszcze nie wie, że za miesiąc jej oddział zostanie otoczony . Droga do miasta zostanie odcięta.

 

Dwa miesiące później będą uciekać przed armią rządową. W obozie, który właśnie zajęli żołnierze, zostanie plecak Anny, a w nim legitymacja z jej nazwiskiem. Jest przekonana, że jeśli wróci, trafi do więzienia.

 

Zostanie w dżungli dziesięć lat.

 

Utopia

 

Kiedy Anna idzie do lasu, guerilla ma pod bronią blisko 20 tysięcy osób i kontroluje ponad połowę terytorium Kolumbii. To partyzanckie państwo w państwie: na swoich terenach FARC pobiera podatki, organizuje szkoły, przychodnie, rozsądza spory.

 

Trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od grupy zbuntowanych chłopów, którzy w latach 60. zajęli w górach kawałek ziemi. Marquetalia - jak nazwali swoją komunę - miała 800 kilometrów kwadratowych (tyle, ile stolica Niemiec) i liczyła tysiąc mieszkańców; broń miało z 50.

 

W maju 1964 roku rząd wysłał przeciwko Marquetalii wojsko: 16 tysięcy żołnierzy, samoloty bojowe i helikoptery. Operację wspierały Stany Zjednoczone, które obawiały się - nie bardziej niż kolumbijski rząd - że z rolniczej komuny wyrośnie nowa Kuba.

 

48 osób, którym udało się uratować, dało początek FARC. Głosili hasło: prawo do ziemi i sprawiedliwości społecznej. Kiedy partyzancka armia urosła w siłę, właściciele ziemscy i hodowcy bydła powołali do życia paramilitarne oddziały samoobrony. Walki między FARC, paramilitarnymi i armią rządową przerodziły się w regularną wojnę.

 

To najdłuższa wojna domowa na świecie. Przez ponad pół wieku zginęło w niej 350 tysięcy osób, głównie cywilów (to jakby z mapy zniknęła cała Bydgoszcz). Ponad 30 tysięcy zostało uprowadzonych, a drugie tyle zaginęło bez wieści. Blisko 5 milionów straciło dach nad głową (to tak, jakby naraz wysiedlić całą Irlandię).

 

Javier

 

Javier (lat 41) wychował się wśród tych samych gór, gdzie chłopi zakładali Marquetalię.

 

Opowiada: - Pierwszy raz zobaczyłem tort, za szybą cukierni, kiedy byłem już dorosły. Nie wiedziałem, że można świętować urodziny. Zabawki? Nigdy się nie bawiliśmy. Teraz mam córkę, pięć lat: kupię jej lalkę, pohuśtam. Tak się robi, prawda?

 

Kiedy byłem w jej wieku, pracowałem u państwa Pérez. Państwo mieli farmę, na której uprawiali kawę, kukurydzę i fasolę; trzymali też świnie, krowy i kury. Urodziłem się na tej farmie jako ostatni z siedemnaściorga rodzeństwa, w szopie na ziarno. Tam spaliśmy: mama na łóżku, my po trzech-czterech na klepisku.

 

Ojca nie pamiętam, wpadł pod samochód, kiedy miałem cztery lata.

 

Wstawałem o czwartej, ze słońcem, i prowadziłem krowy państwa Pérez na pastwisko. O szóstej wychodziłem do szkoły - półtorej godziny w jedną stronę. Mama bardzo chciała, żeby choć jedno z nas poszło się uczyć. Może myślała, że będę miał potem lepsze życie? Jakie dokładnie, nie wiem, bo rozmawiać nie było czasu: po szkole od razu goniła mnie do pracy, trzeba było świniom podścielić, krowy zagnać do obory, kukurydzę wymłócić na placki, aż zaszło słońce i kładliśmy się spać.

 

Jadło się to, co dali państwo Pérez: fasolę, kukurydzę. Raz w roku, na Boże Narodzenie, zabijaliśmy kurczaka. Prezentów nie było. Pieniędzy starczało na tyle, żeby każdemu z nas co roku kupić nową koszulę.

 

Pewnego dnia do naszej szkoły przyszli partyzanci z FARC. Pokazali nam, jak się ładuje i rozładowuje karabin. Kto chciał, mógł go potrzymać. Obiecali, że każdy, kto pójdzie z nimi, dostanie taki na własność, a do tego prawdziwe buty, nowe ubranie i jedzenia tyle, ile damy radę zjeść.

 

Następnego dnia wstałem jak zwykle ze słońcem. Wyprowadziłem krowy, nakarmiłem świnie, posypałem kurom. A potem spakowałem zeszyt jak do szkoły i poszedłem do partyzantów.

 

- Ile miałeś lat, Javier?

 

- 14.

 

 

Pigułka

 

Anna chciałaby rozmawiać o tym, jak urządzić nową Kolumbię, ale nie ma z kim. Książki? Połowa oddziału nie umie czytać. Na jej zajęciach ktoś dłubie w zębach, ktoś ziewa. Jak trzeba kogoś ukarać, dowódca daje do wyboru: kopanie rowu na 20 metrów albo godzinę lektur (większość wybiera kopanie rowu).

 

Patrzą na nią krzywo, że studentka, że z dobrego domu. Miała lepiej, wiadomo, ale niech nie myśli, że tu jej będzie łatwiej.

 

Uczy się zasad nowego życia. Po pierwsze, żadnej dyskusji: dowódca ma zawsze rację, i nie obchodzi go, co myśli Anna.

 

Po drugie, nikomu nie ufać. Człowiek powie jakieś nieostrożne słowo, na przykład, że mu ciężko - doniosą, że rozważa ucieczkę. Usiądzie pod drzewem, zamyśli się - podejrzany, bo o czym tak myśli, skoro wszystko jest jasne. - Co wieczór mieliśmy godzinę szczerości, gdzie omawialiśmy wydarzenia z całego dnia. Głównie były to donosy i wzajemne oskarżenia.

 

Ktoś doniósł na Annę, że zadzwoniła do domu. Dostaje karę - porąbać na 50 równych kawałków drzewo powalone w dżungli. Nie dochodzi nawet do połowy, a dłonie ma całe w pęcherzach.

 

Po trzecie, na nikogo nie liczyć.

 

Mija piąty rok, kiedy Anna orientuje się, że jest w ciąży. Nie może patrzeć na jedzenie (codziennie fasola albo ryż), wymiotuje, ledwo nadąża za swoim oddziałem. Akurat muszą uciekać, bo w okolicy roi się od wojska, i maszerują 15-16 godzin dziennie. Ktoś mógłby wziąć od niej plecak z komputerem, ale po co? Guerillera nie może mieć dzieci, chyba że jest żoną dowódcy.

 

Na wieść o ciąży chłopak mówi jej, że między nimi koniec. Wkrótce potem przejdzie do innego oddziału. Zobaczą się jeszcze raz, może dwa razy.

 

Wieczorem przychodzi pielęgniarka. - Weź to - podaje Annie dwie małe tabletki.

 

- Odmówić? Żadnej z nas by to nie przyszło do głowy. To był rozkaz, z rozkazami się nie dyskutuje.

 

Misoproston wywołuje skurcze macicy. Wchodzi w skład pigułki poronnej, ale nie powinno się go stosować powyżej drugiego miesiąca. Anna jest w piątym (dokładnie nie wie, bo nikt jej nie zbadał).

 

Ból jest taki, jakby ktoś obcęgami ściskał jej podbrzusze. Przez całą noc woła o tabletkę przeciwbólową, o kubek wody, o to, żeby ktoś przyszedł i ją zastrzelił (skoro ma umrzeć, niech to się stanie szybciej).

 

Na sąsiednim posłaniu - cisza. W namiotach obok - tak samo.

 

Rano przychodzi pielęgniarka. Po jej minie widać, że coś poszło nie tak. Każe Annie rozłożyć nogi, bierze szczypce i powoli wyszarpuje to, co zostało.

 

Tego dnia Anna uczy się kolejnej zasady: nie czuć.

 

Od tej pory myśli już tylko o tym, żeby uciec. Ale jak? Z FARC wychodzi się albo martwym, albo wcale.

 

Apel

 

Po kilku miesiącach Javier (lat czternaście i pół) mówi dowódcy, że chce wracać do domu. Bracia się pożenili, poszli do pracy na innych farmach, niewielu zostało mamie do pomocy. - Za dużo o nas wiesz - słyszy.

 

Mają dla niego inny plan: za trzy lata skończy 17 lat, a to wiek, kiedy w Kolumbii biorą do wojska. Wyszkolą go tam, to się potem przyda w walce. - Jeśli nas zdradzisz, zabijemy twoją matkę. I braci twoich zabijemy, i siostry - uprzedza dowódca i na wszelki wypadek wymienia wszystkich z imienia: Andreę, Jorge, Manuela, Daniela i tak dalej.

 

Ale Javiera nie trzeba straszyć. Wcześniej z oddziału uciekł jego bratanek Jes s. - Nic mi nie powiedział. Po prostu obudziłem się, a jego już nie było. Po trzech dniach - apel. Zebraliśmy się na placu, przywlekli go z lasu. "Patrzcie - mówili - na tego zdrajcę i tchórza".

 

Javier patrzył, nie było wyjścia. I inni patrzyli, bez słowa, jak dowódca wyciąga pistolet i strzela Jes sowi w tył głowy.

 

- Ile miał lat?

 

- 13.

 

Światło

 

W Bogocie, w dzielnicy, która nie jest ani bogata, ani biedna, w bocznej ulicy, która niczym się nie wyróżnia od dziesiątek okolicznych ulic, stoi dom bez żadnych znaków szczególnych. Nie ma na nim tabliczki (na wszelki wypadek), a wejścia pilnuje ochroniarz.

 

To centrum reintegracji, gdzie po pomoc przychodzą desmovilizados, zdemobilizowani. Tak mówi się na członków FARC i innych zbrojnych grup, którzy zdecydowali się złożyć broń.

 

Niektórzy mówią, że to jedyny sposób, żeby zakończyć tę wojnę - przekonać walczących, żeby wrócili do domów. To przesłanie trafia do dżungli w ulotkach zrzucanych z samolotów, miga na billboardach w czasie meczów (Kolumbijczycy kochają futbol), wisi na słupach w czasie wiejskich festynów.

 

Dwa lata temu wojsko przeprowadziło operację "Boże Narodzenie": do regionów, gdzie przebywa najwięcej partyzantów FARC, wysłano śmigłowce z dwoma kontyngentami żołnierzy. Mieli jedno zadanie: znaleźć najwyższe drzewo w okolicy i udekorować je lampkami choinkowymi.

 

Kiedy ktoś przechodził koło drzewa, czujnik ruchu uruchamiał światełka.

 

- Święta to czas, kiedy partyzanci najbardziej tęsknią za rodziną - tłumaczyli swój pomysł specjaliści z agencji reklamowej (za "Boże Narodzenie" dostali nagrodę na festiwalu reklamy w Cannes).

 

W czasie tamtych świąt poddało się 331 osób. Przez ostatnie dziesięć lat - 55 308. Co się z nimi dzieje?

 

Dora, brunetka o łagodnym uśmiechu i włosach zaplecionych w gruby warkocz, zaprasza do małego pokoju na tyłach budynku. Jest psycholożką, chociaż woli mówić o sobie "reintegratorka". Ma 80 podopiecznych, których uczy nowego życia. Dwoje znamy - to Javier i Anna.

 

Państwo daje im zasiłek (niewielki - tyle, żeby starczyło na przeżycie), pomaga wrócić do szkoły (90 proc. zdemobilizowanych nie umie czytać ani pisać), zdobyć zawód i pracę. Są też wymagania: mają skończyć przynajmniej podstawówkę, zaliczyć 90 godzin pracy społecznej. Reintegracja trwa od czterech do siedmiu lat. Kto spełni wszystkie warunki, dostaje dyplom. To uroczysty moment: jest ciasto, szampan, przychodzi rodzina (jeśli jest), przyjaciele.

 

Ale na początku jest strach i niepewność. - Partyzanci najbardziej boją się, że zostaną wytropieni - mówi Dora. - Przez pierwsze miesiące często zmieniają mieszkania, a nawet miasta, żeby nie dosięgła ich zemsta dawnych towarzyszy.

 

Czasami niebezpieczeństwo jest tylko w głowie. Człowiek idzie ulicą i kątem oka widzi samochód, który przyspiesza (na pewno po mnie! - myśli). W autobusie ktoś za długo mu się przygląda (musi być z FARC!), przed domem parkuje nieznajoma furgonetka (odkryli, gdzie mieszkam!), taksówkarz jakoś długo kluczy między blokami (podstawiony!).

 

Dora ma na to nazwy: stres pourazowy, psychoza, nerwica lękowa.

 

Ci, którzy jakoś się z tego pierwszego strachu otrząsną, wyleczą albo nauczą z nim żyć, boją się zdemaskowania. Sąsiedzi, szef, koledzy z pracy - nikt nie może się dowiedzieć, że byli członkami guerilli. Taka informacja oznacza społeczną śmierć; nikt nie będzie chciał się przyjaźnić, pracować ani nawet wymieniać pozdrowień z człowiekiem, który zabijał, porywał i gwałcił.

 

Wystarczy wyjść na ulicę, popytać. - Przeklęci terroryści, niech gniją w więzieniach - rzuca sprzedawca kramu z owocami, kiedy tylko wymawiam słowo FARC.

 

- Zatrudnić byłego partyzanta? - pan z teczką, właściciel firmy budowlanej, waży słowa. - Proszę posłuchać: pracuję z ludźmi, nie ze zwierzętami.

 

- Rozumiem, że pojednanie jest konieczne - zaczyna znajoma z organizacji pozarządowej. - Rozumiem, że tak było w Bośni, w Rwandzie, tak musi być w Kolumbii. Ale nasza wojna trwa całe moje życie. I całe życie mojej mamy. W tej wojnie zginął mój ojciec, zginęło wiele osób. Codziennie rano budzę się i wierzę w pokój. Ale wieczorem idę do knajpy i nie chcę się zastanawiać, czy zabójca przypadkiem nie nalewa mi piwa.

 

To, zdaniem Dory, jest największy problem reintegracji: Kolumbijczycy chcą, żeby wojna się skończyła, ale nie chcą wśród siebie tych, którzy w niej walczyli. A jest ich kilkadziesiąt tysięcy. W listopadzie zeszłego roku rząd rozpoczął rozmowy pokojowe z FARC. Jeśli zakończą się porozumieniem, dołączą do nich kolejni.

 

Co z nimi zrobić?

 

Telefon

 

- Dla każdego mam inne kłamstwo - mówi Anna.

 

Ma na sobie fioletową sukienkę przed kolano, delikatny makijaż, w skórzanym plecaku - książki. Wróciła na prawo - znowu jest na piątym roku.

 

- Jednym mówię, że zaczęłam studiować tak późno, bo wcześniej pracowałam. Innym - że pochodzę z małego miasteczka, gdzie nie było uczelni. Jeszcze innym - że mam za sobą trudne małżeństwo i rozwód, o którym wolałabym nie opowiadać.

 

Przy zdaniu o rozwodzie nawet się uśmiecha.

 

W ucieczce pomógł jej przypadek. Dowódcy wysłali ją i dwóch chłopaków do wioski odległej o dwa dni marszu. Dali telefon, żeby mogła meldować o tym, gdzie są. Kiedy nikt nie patrzył, wybrała numer koleżanki, która niedawno uciekła z oddziału. Chciała tylko zapytać, gdzie jest, czy nic jej nie grozi.

 

Mężczyzna, który odebrał, był żołnierzem armii rządowej. Rozłączyła się, oddzwonił. - Milena? Wiem, kim jesteś.

 

Powiedział, żeby się poddała. Że nic jej nie grozi, że jest program, którzy pomaga takim jak ona wrócić do życia w cywilu. Że jeśli tylko uda jej się dotrzeć do wioski (podał nazwę), dziewięć godzin drogi od miejsca, w którym teraz jest, będzie na nią czekał samochód.

 

Anna nie uwierzyła żołnierzowi od razu. Zadzwoniła do brata: - Czy to prawda, że takich jak ona nie wsadzają do więzień?

 

- Prawda - powiedział. - Wracaj.

 

Szła długo, całą noc. W bazie wojskowej pościelono dla niej w osobnym pokoju. Z pierwszej nocy na wolności zapamiętała białe wykrochmalone prześcieradło i wentylator na suficie, który mielił bezsenne godziny. I strach - była przecież w obozie wroga.

 

Pytania, których się nie zadaje

 

Javier uciekł przez dziewczynę. Miała 17 lat, on - 35. Widywali się na przepustkach, kiedy przychodził do jej wsi. "Co to za życie - mówiła. - Młodość zmarnowałeś, to choć resztę życia ratuj". Marzył jej się ślub, dziecko. Umówili się: będzie okazja, ucieknie. Krótko po tej rozmowie wyszedł z obozu odebrać zakładników i nigdy nie dotarł na miejsce.

 

Wyjechali do Bogoty, tu łatwiej się ukryć. Tu jest Dora, której Javier opowiada po kawałku swoje życie w dżungli. 19 lat, dużo opowiadania.

 

Nie można tylko Javiera pytać, czy zabijał. Ci, którzy zabijali, muszą odpowiadać przed sądem, nie obejmuje ich program reintegracji. Dlatego do ośrodka najczęściej trafiają tacy, którzy byli kucharzami, łącznikami, zaopatrzeniowcami, informatorami, mechanikami, wywiadowcami, edukatorami politycznymi - albo tak mówią.

 

Javier był dowódcą oddziału (po powrocie z rządowego wojska szybko awansował).

 

- Być może niektórzy z naszych podopiecznych kłamią. Być może mają na sumieniu coś, czego nie udało się wychwycić podczas przesłuchania - mówią mi pracownicy ośrodka w Bogocie. - Ale to cena procesu pokojowego. Kolumbia musi ją zapłacić.

 

Jak to wytłumaczyć Kolumbijczykom?

 

90 proc. z nich jest przeciwko FARC. Nikt już nie pamięta, o co walczyli. Pamięta się ich zbrodnie: porwania, wymuszanie haraczy, wcielanie do armii dzieci, egzekucje zakładników. Obwinia o wojnę, która nie chce się skończyć. W jej najgorszym momencie, w latach 1996-2002, Kolumbia trafiła na listę najbardziej niebezpiecznych państw na świecie. Co osiem godzin ktoś znikał uprowadzony, każdego dnia od miny ginęła przynajmniej jedna osoba. I chociaż najnowszy raport pokazuje, że najwięcej zabójstw mają na koncie paramilitarni - prawicowe bojówki - to partyzanci FARC stali się synonimem przemocy.

 

A teraz i jednym, i drugim trzeba podać rękę, obsłużyć w sklepie, na klatce schodowej powiedzieć "dzień dobry".

 

Alejandro Ederowi (politolog, 38 lat) łatwiej jest do tego namawiać, bo sam jest ofiarą tej wojny. W 1965 roku partyzanci uprowadzili i zamordowali jego dziadka. Kiedy urodził się Alejandro, rodzice uznali, że bezpieczniej będzie chłopca wysłać za granicę.

 

- Pamiętam moje pierwsze spotkanie z FARC - opowiada. - Na Uniwersytecie Columbia pisałem pracę o partyzantach. I jako młody naukowiec pojechałem się z nimi spotkać. Czekali w umówionym miejscu, zaprosili do namiotu. Poprosiłem o dziesięć minut. Tyle było mi trzeba, żeby uspokoić serce - ze strachu waliło jak oszalałe. A potem zaczęliśmy rozmawiać. Zobaczyłem, że oni kochają piłkę nożną i mają swoje ulubione drużyny. Że bogotańczycy opowiadają kawały o tych z Medellin, a ci z Medellin - o tych z wybrzeża. Że są - jakby to powiedzieć - Kolumbijczykami, jak ja.

 

Eder wrócił do kraju, dziś stoi na czele Kolumbijskiej Agencji Reintegracji.

 

Miasto

 

W Bogocie łatwiej się ukryć, ale trudniej żyć, mówi Javier.

 

Pierwszy raz zobaczył miasto, kiedy miał 15 lat. Wysłali go do apteki po lekarstwo dla komendanta. Drugi raz - kiedy był w wojsku (tym rządowym). Ale to były miasta małe, miasteczka w zasadzie, i nigdy nie musiał w nich mieszkać.

 

Przez prawie 20 lat domem Javiera były góry i lasy. Potrafi rozpalić ognisko, zbudować szałas, rozpoznać po gwiazdach strony świata. W mieście to wszystko jest nieprzydatne. Miasto przeraża. Jak przejść na drugą stronę ulicy? Wybrać pieniądze z bankomatu? Jak dostać się z przedmieść do centrum? Jak się przywitać z sąsiadem, zamówić pizzę, ustawić w kolejce?

 

Tego wszystkiego Javier uczy się z Dorą.

 

Inna trudność: jak przeżyć dzień, którego nikt nie zaplanował za nas co do minuty? Przez pierwsze lata Anna budzi się w nocy co dwie godziny, jak na wartę. Pierwsza myśl rano - co teraz? Można wstać z łóżka, można poleżeć dłużej. Można wziąć prysznic, stać pod wodą dwie minuty, pięć. A 15? W lesie, jeśli ktoś mył się dłużej niż trzy, dostawał karę. Teraz tylko skóra się marszczy na opuszkach palców od wilgoci.

 

To wszystko jest i piękne, i straszne, mówi Anna. Bo w partyzantce na wszystko był rozkaz. A tutaj samemu trzeba decydować: co robić, kim być.

 

Laura

 

Program reintegracji ma już dziesięć lat. Z tej okazji - wydarzenie. W sali konferencyjnej w centrum Bogoty tłok: przybyli przedstawiciele rządu, biznesu, organizacji pozarządowych, Unii Europejskiej i USA. Przyszli byli partyzanci, paramilitarni, członkowie innych grup zbrojnych. Łatwo ich poznać: mają twarze pociemniałe od słońca, noszą swetry (mężczyźni) i niemodne garsonki (kobiety). I Anna przyszła (na chwilę, bo musi biec na zajęcia). I Javier miał być, ale zatrzymała go praca (ma małą firmę budowlaną).

 

Siedzą razem, ale jakby osobno: VIP-y po lewej, zdemobilizowani po prawej. Słuchają, jak przemawia Alejandro Eder, jak swoje świadectwa dają byli bojownicy.

 

Kilka osób stoi w drzwiach, stąd też dobrze słychać. Jest wśród nich dziewczyna - długie włosy, dopasowana spódnica, szpilki, apaszka.

 

- Laura Vlloa - przedstawia się.

 

Od tamtych wydarzeń, mówi, minęło dużo czasu. Skończyła studia (nauki polityczne), wyjechała do Nowego Jorku na staż do ONZ. Niedawno dostała pracę: w Agencji Reintegracji zajmuje się kwestiami bezpieczeństwa.

 

Czasem myśli: a może spotkam któregoś z tamtych?

 

Wszystkich ich z imienia pamięta.

 

Imiona byłych partyzantów zostały zmienione na ich prośbę.

 

Katarzyna Brejwo - Tekst ukazał się w "Dużym Formacie" 11.09.2013

 

EN

PL

 

Stowarzyszenie Reporterów - Rekolektyw.pl - 2016

Rekolektyw.pl logo.png

PL

Katarzyna Brejwo

 

Kiedy zabójca nalewa ci piwo

Zatrudni pan byłego partyzanta? - zapytałam właściciela firmy budowlanej. - Pracuję z ludźmi, nie ze zwierzętami – odpowiedział.

 

Tego dnia Laura Vlloa jak zawsze wraca ze szkoły autobusem.

 

Przez okno widzi już dom, kiedy kierowca nagle hamuje. Do środka wpadają uzbrojeni mężczyźni, każą dzieciom pochylić głowy. Jeden przeciska się na koniec i próbuje wyrwać ją z fotela. "Proszę pana, pas!", krzyczy, bo pas bezpieczeństwa - obowiązkowy w szkolnym autobusie - zaciska się jej na brzuchu (potem zostanie w tym miejscu czerwona pręga).

 

Zdąży jeszcze złowić spojrzenie siostry, w którym strach miesza się ze zdziwieniem. Później Laura dowie się, że to ją chcieli zabrać, ale nakryła się tornistrem. Pomyśli, że dobrze się stało - siostra to jeszcze dziecko, ma siedem lat (Laura - jedenaście).

 

Dzieci w milczeniu patrzą, jak wynoszą ją z autobusu. I kierowca patrzy. Jest dla niej jak wujek, woził ją do szkoły, odkąd skończyła cztery lata. Teraz ma lufę pistoletu przy skroni i taki żal w oczach, że Laurę większy strach ogarnia od tego spojrzenia niż od widoku mężczyzn w kominiarkach.

 

Wiozą ją za miasto, w góry. Pod lasem czeka inna grupa, w mundurach w panterkę. Ma iść w ich stronę; jeśli spróbuje uciec, będą strzelać. Robi parę kroków, a wtedy mężczyzna, który wyrwał ją z fotela, dogania ją i przyciska do piersi. - Wszystko będzie dobrze, nic się nie bój, skarbie - szepcze i przytula tak mocno, że Laura czuje bicie jego serca, a na szkolnym mundurku odciska się plama potu z jego koszuli.

 

Później dowie się, że to był Efraim, ogrodnik jej rodziców. Pracował u nich pięć lat, miał siostrę w jej wieku. Na Boże Narodzenie całą rodziną chodzili do nich do domu z prezentami. Pożegnali go rok temu; powiedział, że dostał lepszą pracę gdzie indziej.

 

Ale na razie Laura nie rozpoznaje w obcym Efraima. Dziwi ją tylko, że dorosły facet nagle rozkleił się jak dziecko. Sama nie płacze, nie krzyczy. Każą iść - idzie. "Zupełnie jakby wszystko we mnie stanęło, zamarło", tak będzie o tym później opowiadać. Jest październik 2001 roku. Następnego dnia w radiu podadzą, że uczennica piątej klasy, córka zamożnych przedsiębiorców rolnych z Cali, została uprowadzona przez partyzantów z FARC, Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii.

 

Lekcja

 

W domu Laura miała pokój zamykany na klucz, łazienkę z ciepłą wodą i gosposię na każde zawołanie. W obozie pokazują jej namiot, który będzie dzielić z bojowniczką. Toaleta - za drzewem. Nawet na siku nie może iść sama, cały czas jej pilnują.

 

Myśli, że jak będzie niegrzeczna, to porwą sobie inną dziewczynkę, a ją odeślą do domu. Kaprysi przy jedzeniu, z posłania zwleka się najpóźniej jak może, na pytania odpowiada burknięciami albo wcale. - Po tygodniu dotarło do mnie, że to nie skutkuje.

 

Następnego dnia wchodzi do namiotu kuchni polowej uśmiechnięta. Łyżki zastygają w powietrzu, kiedy pyta chłopaków z oddziału, jak im się spało. Od tej pory ma cel: przeżyć ten czas najlepiej, jak się da. - Wiedziałam, że moi rodzice zamartwiają się na śmierć. Pomyślałam, że jak wrócę cała i zdrowa, jakoś im to wynagrodzę.

 

Przestaje się obijać podczas musztry. Biega, czołga się, robi pompki, aż na chudych ramionach wyskoczą mięśnie. Pomaga w kuchni, uczy się szybko zwijać i stawiać namiot, maszeruje kilometrami i nie marudzi, że bolą nogi.

 

Na zajęciach z marksizmu podnosi rękę, kiedy prowadzący wychwala socjalizm na Kubie. - Co to za równość, skoro wszyscy są biedni? - pyta. (Tak naprawdę powtarza to, co usłyszała do taty. Strasznie się denerwował, oglądając wieczorem wiadomości).

 

- Siedź cicho - słyszy w odpowiedzi.

 

I tak za każdym razem, aż w końcu grożą jej - trochę żartem, jak to dzieciakowi - że na czas nauk ideologicznych będzie odsyłana do namiotu na drugi koniec obozu. To już woli słuchać: o tym, że FARC powstało, żeby bronić biednych chłopów przed wyzyskiem ze strony panów, i że jest największą armią partyzancką w Ameryce Łacińskiej, która zaprowadzi w jej ojczyźnie socjalizm i szczęście.

 

- A co będzie, jak ucieknę? - pyta czasem.

 

- Zastrzelimy cię.

 

- A jak ktoś przyjdzie mnie uwolnić?

 

- Zastrzelimy i ciebie, i jego.

 

Mija pierwszy miesiąc, drugi, a oni cały czas obiecują jej, że zaraz wróci do domu. Laura wie, że jej ojciec będzie musiał zapłacić okup (dzieci w Kolumbii wiedzą wszystko o porwaniach). I że ktoś już do niego w tej sprawie przyszedł. Może Efraim? Niedawno spotkała jego siostrę. Elena siedziała na pniu zwalonego drzewa, zawołała ją po imieniu. Na kolanach trzymała karabin, wydawała się dużo starsza niż rok temu, kiedy bawiły się na trawniku przed willą państwa Vlloa.

 

Wreszcie każą jej się pakować. - Biegałam po obozie i rozdawałam swoje rzeczy. Koleżance, co zawsze marzła, dałam koc, komuś innemu menażkę. I jak już zostałam w butach i mundurze, gotowa do drogi, dowódca spojrzał na mnie i powiedział: "Prima aprilis!".

 

Jest 28 grudnia, dzień, w którym Kolumbijczycy robią sobie kawały.

 

Drugi raz, kiedy mówią jej, że wraca do domu, tylko machnie ręką. Uwierzy dopiero, kiedy dowódca poda jej kartkę z zapisanym rozkazem - "Libera a Laura", uwolnić Laurę. Płacze trochę z radości, a trochę z żalu, że będzie musiała ich wszystkich zostawić.

 

Trzy dni maszerują przez góry do wioski, gdzie ma zostać przekazana rodzinie. W umówione miejsce podjeżdża samochód. Laura wie, że po porwanych rzadko zgłaszają się członkowie rodziny - zbyt duże jest ryzyko, że porywacze mogliby wziąć nową ofiarę. Ale otwierają się drzwi i z samochodu wychodzi jej ojciec. - Przygarbiony, chudy, siwiuteńki. Jakby minęło 20 lat, a nie osiem miesięcy.

 

Obce słowa

 

Mieli dostać z powrotem ukochaną córeczkę, przyjeżdża guerillera. Postura jak u chłopaka, na brzuchu sześciopak, na nogach strupy i zadrapania.

 

Przy kolacji Laura mówi ojcu, że powinien rozdać ziemię chłopom.

 

Przez telefon dziennikarzom, że należy zaprowadzić socjalizm (Telefon dzwoni cały dzień, wywiad z Laurą chce mieć każda gazeta i stacja radiowa w Cali. Rodzice podsłuchują pod drzwiami i płaczą).

 

Kiedy do domu zaczynają dzwonić partyzanci (Laura zostawiła im swój telefon i adres), ojciec zmienia numer.

 

Dawne koleżanki ją nudzą. Ile można gadać o nowym modelu dżinsów? Na urodzinach i przyjęciach wybiera towarzystwo dorosłych; dzieciaki piją lemoniadę w ogrodzie, a ona w salonie rozprawia z ich rodzicami o polityce. Czasem ma wrażenie, że wypadają z niej obce słowa. Jakby jakiś inny głos siedział w głowie i dyktował, co mówić. Nikomu się z tego nie zwierza; zresztą - kto by zrozumiał?

 

Wieczorami siedzi nad książkami. Rodzice mają nadzieję, że odrobi stracony rok, wróci do szkoły, potem na studia. Ale Laura już obiecała partyzantom, że jak tylko skończy osiemnaście lat, wraca do FARC.

 

Anna

 

Kiedy ogrodnik Efraim planuje porwanie córki swoich pracodawców, 150 kilometrów na południe Anna Rojas, studentka piątego semestru prawa, podejmuje inną dramatyczną decyzję.

 

Na uniwersytecie w Popayan gotuje się od polityki. Studenci organizują wiece, zebrania, dyskusje. Anna - drobna, nieśmiała, z włosami w kucyk i dołeczkami w policzkach - nigdy się polityką nie interesowała. Na zebrania partii komunistycznej zabiera ją koleżanka, z którą dzieli pokój w akademiku.

 

Dowiaduje się na nich, że Kolumbia mogłaby być rajem na ziemi. Ma przecież ropę, węgiel kamienny i gaz ziemny, rudy żelaza, cynku, miedzi, złoto, srebro i największe na świecie złoża szmaragdów. W ciepłym, wilgotnym klimacie można uprawiać kawę, bawełnę, tytoń, trzcinę cukrową, kakaowiec, ryż, kukurydzę, ziemniaki - i to przez cały rok, bo Kolumbia nie zna zimy.

 

Jak to się dzieje, że w tak bogatym kraju połowa ludności żyje poniżej granicy ubóstwa? - pytają na wiecach, dyskusjach i zebraniach studenci. Ponieważ prawie cała ziemia należy do kilkudziesięciu rodzin. Bogate elity mają wszystko, reszta - nic.

 

Nie daje to Annie spokoju. Czyta Marksa, Engelsa, Simóna Bol~vara (był bojownikiem o niepodłegłość krajów Ameryki Łacińskiej). Zaczyna działać w partii. Na początku nic specjalnego - rozwiesza plakaty, organizuje spotkania.

 

We wrześniu zgłasza się do oddziału FARC - na miesiąc, góra dwa, tak jak robi wielu znajomych z uczelni (trzeba sprawdzić się w terenie, przekonują). Dostaje mundur, buty za duże o jeden numer i nowe, rewolucyjne imię: Milena. Będzie się zajmowała łącznością: redagowaniem komunikatów FARC i edukacją innych partyzantów (do plecaka wkłada kilka książek). Rodzicom nic nie mówi, w końcu jest dorosła, właśnie skończyła 19 lat. A poza tym po co ich martwić? Zanim się obejrzą, będzie z powrotem na uczelni.

 

Jeszcze nie wie, że za miesiąc jej oddział zostanie otoczony . Droga do miasta zostanie odcięta.

 

Dwa miesiące później będą uciekać przed armią rządową. W obozie, który właśnie zajęli żołnierze, zostanie plecak Anny, a w nim legitymacja z jej nazwiskiem. Jest przekonana, że jeśli wróci, trafi do więzienia.

 

Zostanie w dżungli dziesięć lat.

 

Utopia

 

Kiedy Anna idzie do lasu, guerilla ma pod bronią blisko 20 tysięcy osób i kontroluje ponad połowę terytorium Kolumbii. To partyzanckie państwo w państwie: na swoich terenach FARC pobiera podatki, organizuje szkoły, przychodnie, rozsądza spory.

 

Trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od grupy zbuntowanych chłopów, którzy w latach 60. zajęli w górach kawałek ziemi. Marquetalia - jak nazwali swoją komunę - miała 800 kilometrów kwadratowych (tyle, ile stolica Niemiec) i liczyła tysiąc mieszkańców; broń miało z 50.

 

W maju 1964 roku rząd wysłał przeciwko Marquetalii wojsko: 16 tysięcy żołnierzy, samoloty bojowe i helikoptery. Operację wspierały Stany Zjednoczone, które obawiały się - nie bardziej niż kolumbijski rząd - że z rolniczej komuny wyrośnie nowa Kuba.

 

48 osób, którym udało się uratować, dało początek FARC. Głosili hasło: prawo do ziemi i sprawiedliwości społecznej. Kiedy partyzancka armia urosła w siłę, właściciele ziemscy i hodowcy bydła powołali do życia paramilitarne oddziały samoobrony. Walki między FARC, paramilitarnymi i armią rządową przerodziły się w regularną wojnę.

 

To najdłuższa wojna domowa na świecie. Przez ponad pół wieku zginęło w niej 350 tysięcy osób, głównie cywilów (to jakby z mapy zniknęła cała Bydgoszcz). Ponad 30 tysięcy zostało uprowadzonych, a drugie tyle zaginęło bez wieści. Blisko 5 milionów straciło dach nad głową (to tak, jakby naraz wysiedlić całą Irlandię).

 

Javier

 

Javier (lat 41) wychował się wśród tych samych gór, gdzie chłopi zakładali Marquetalię.

 

Opowiada: - Pierwszy raz zobaczyłem tort, za szybą cukierni, kiedy byłem już dorosły. Nie wiedziałem, że można świętować urodziny. Zabawki? Nigdy się nie bawiliśmy. Teraz mam córkę, pięć lat: kupię jej lalkę, pohuśtam. Tak się robi, prawda?

 

Kiedy byłem w jej wieku, pracowałem u państwa Pérez. Państwo mieli farmę, na której uprawiali kawę, kukurydzę i fasolę; trzymali też świnie, krowy i kury. Urodziłem się na tej farmie jako ostatni z siedemnaściorga rodzeństwa, w szopie na ziarno. Tam spaliśmy: mama na łóżku, my po trzech-czterech na klepisku.

 

Ojca nie pamiętam, wpadł pod samochód, kiedy miałem cztery lata.

 

Wstawałem o czwartej, ze słońcem, i prowadziłem krowy państwa Pérez na pastwisko. O szóstej wychodziłem do szkoły - półtorej godziny w jedną stronę. Mama bardzo chciała, żeby choć jedno z nas poszło się uczyć. Może myślała, że będę miał potem lepsze życie? Jakie dokładnie, nie wiem, bo rozmawiać nie było czasu: po szkole od razu goniła mnie do pracy, trzeba było świniom podścielić, krowy zagnać do obory, kukurydzę wymłócić na placki, aż zaszło słońce i kładliśmy się spać.

 

Jadło się to, co dali państwo Pérez: fasolę, kukurydzę. Raz w roku, na Boże Narodzenie, zabijaliśmy kurczaka. Prezentów nie było. Pieniędzy starczało na tyle, żeby każdemu z nas co roku kupić nową koszulę.

 

Pewnego dnia do naszej szkoły przyszli partyzanci z FARC. Pokazali nam, jak się ładuje i rozładowuje karabin. Kto chciał, mógł go potrzymać. Obiecali, że każdy, kto pójdzie z nimi, dostanie taki na własność, a do tego prawdziwe buty, nowe ubranie i jedzenia tyle, ile damy radę zjeść.

 

Następnego dnia wstałem jak zwykle ze słońcem. Wyprowadziłem krowy, nakarmiłem świnie, posypałem kurom. A potem spakowałem zeszyt jak do szkoły i poszedłem do partyzantów.

 

- Ile miałeś lat, Javier?

 

- 14.

 

 

Pigułka

 

Anna chciałaby rozmawiać o tym, jak urządzić nową Kolumbię, ale nie ma z kim. Książki? Połowa oddziału nie umie czytać. Na jej zajęciach ktoś dłubie w zębach, ktoś ziewa. Jak trzeba kogoś ukarać, dowódca daje do wyboru: kopanie rowu na 20 metrów albo godzinę lektur (większość wybiera kopanie rowu).

 

Patrzą na nią krzywo, że studentka, że z dobrego domu. Miała lepiej, wiadomo, ale niech nie myśli, że tu jej będzie łatwiej.

 

Uczy się zasad nowego życia. Po pierwsze, żadnej dyskusji: dowódca ma zawsze rację, i nie obchodzi go, co myśli Anna.

 

Po drugie, nikomu nie ufać. Człowiek powie jakieś nieostrożne słowo, na przykład, że mu ciężko - doniosą, że rozważa ucieczkę. Usiądzie pod drzewem, zamyśli się - podejrzany, bo o czym tak myśli, skoro wszystko jest jasne. - Co wieczór mieliśmy godzinę szczerości, gdzie omawialiśmy wydarzenia z całego dnia. Głównie były to donosy i wzajemne oskarżenia.

 

Ktoś doniósł na Annę, że zadzwoniła do domu. Dostaje karę - porąbać na 50 równych kawałków drzewo powalone w dżungli. Nie dochodzi nawet do połowy, a dłonie ma całe w pęcherzach.

 

Po trzecie, na nikogo nie liczyć.

 

Mija piąty rok, kiedy Anna orientuje się, że jest w ciąży. Nie może patrzeć na jedzenie (codziennie fasola albo ryż), wymiotuje, ledwo nadąża za swoim oddziałem. Akurat muszą uciekać, bo w okolicy roi się od wojska, i maszerują 15-16 godzin dziennie. Ktoś mógłby wziąć od niej plecak z komputerem, ale po co? Guerillera nie może mieć dzieci, chyba że jest żoną dowódcy.

 

Na wieść o ciąży chłopak mówi jej, że między nimi koniec. Wkrótce potem przejdzie do innego oddziału. Zobaczą się jeszcze raz, może dwa razy.

 

Wieczorem przychodzi pielęgniarka. - Weź to - podaje Annie dwie małe tabletki.

 

- Odmówić? Żadnej z nas by to nie przyszło do głowy. To był rozkaz, z rozkazami się nie dyskutuje.

 

Misoproston wywołuje skurcze macicy. Wchodzi w skład pigułki poronnej, ale nie powinno się go stosować powyżej drugiego miesiąca. Anna jest w piątym (dokładnie nie wie, bo nikt jej nie zbadał).

 

Ból jest taki, jakby ktoś obcęgami ściskał jej podbrzusze. Przez całą noc woła o tabletkę przeciwbólową, o kubek wody, o to, żeby ktoś przyszedł i ją zastrzelił (skoro ma umrzeć, niech to się stanie szybciej).

 

Na sąsiednim posłaniu - cisza. W namiotach obok - tak samo.

 

Rano przychodzi pielęgniarka. Po jej minie widać, że coś poszło nie tak. Każe Annie rozłożyć nogi, bierze szczypce i powoli wyszarpuje to, co zostało.

 

Tego dnia Anna uczy się kolejnej zasady: nie czuć.

 

Od tej pory myśli już tylko o tym, żeby uciec. Ale jak? Z FARC wychodzi się albo martwym, albo wcale.

 

Apel

 

Po kilku miesiącach Javier (lat czternaście i pół) mówi dowódcy, że chce wracać do domu. Bracia się pożenili, poszli do pracy na innych farmach, niewielu zostało mamie do pomocy. - Za dużo o nas wiesz - słyszy.

 

Mają dla niego inny plan: za trzy lata skończy 17 lat, a to wiek, kiedy w Kolumbii biorą do wojska. Wyszkolą go tam, to się potem przyda w walce. - Jeśli nas zdradzisz, zabijemy twoją matkę. I braci twoich zabijemy, i siostry - uprzedza dowódca i na wszelki wypadek wymienia wszystkich z imienia: Andreę, Jorge, Manuela, Daniela i tak dalej.

 

Ale Javiera nie trzeba straszyć. Wcześniej z oddziału uciekł jego bratanek Jes s. - Nic mi nie powiedział. Po prostu obudziłem się, a jego już nie było. Po trzech dniach - apel. Zebraliśmy się na placu, przywlekli go z lasu. "Patrzcie - mówili - na tego zdrajcę i tchórza".

 

Javier patrzył, nie było wyjścia. I inni patrzyli, bez słowa, jak dowódca wyciąga pistolet i strzela Jes sowi w tył głowy.

 

- Ile miał lat?

 

- 13.

 

Światło

 

W Bogocie, w dzielnicy, która nie jest ani bogata, ani biedna, w bocznej ulicy, która niczym się nie wyróżnia od dziesiątek okolicznych ulic, stoi dom bez żadnych znaków szczególnych. Nie ma na nim tabliczki (na wszelki wypadek), a wejścia pilnuje ochroniarz.

 

To centrum reintegracji, gdzie po pomoc przychodzą desmovilizados, zdemobilizowani. Tak mówi się na członków FARC i innych zbrojnych grup, którzy zdecydowali się złożyć broń.

 

Niektórzy mówią, że to jedyny sposób, żeby zakończyć tę wojnę - przekonać walczących, żeby wrócili do domów. To przesłanie trafia do dżungli w ulotkach zrzucanych z samolotów, miga na billboardach w czasie meczów (Kolumbijczycy kochają futbol), wisi na słupach w czasie wiejskich festynów.

 

Dwa lata temu wojsko przeprowadziło operację "Boże Narodzenie": do regionów, gdzie przebywa najwięcej partyzantów FARC, wysłano śmigłowce z dwoma kontyngentami żołnierzy. Mieli jedno zadanie: znaleźć najwyższe drzewo w okolicy i udekorować je lampkami choinkowymi.

 

Kiedy ktoś przechodził koło drzewa, czujnik ruchu uruchamiał światełka.

 

- Święta to czas, kiedy partyzanci najbardziej tęsknią za rodziną - tłumaczyli swój pomysł specjaliści z agencji reklamowej (za "Boże Narodzenie" dostali nagrodę na festiwalu reklamy w Cannes).

 

W czasie tamtych świąt poddało się 331 osób. Przez ostatnie dziesięć lat - 55 308. Co się z nimi dzieje?

 

Dora, brunetka o łagodnym uśmiechu i włosach zaplecionych w gruby warkocz, zaprasza do małego pokoju na tyłach budynku. Jest psycholożką, chociaż woli mówić o sobie "reintegratorka". Ma 80 podopiecznych, których uczy nowego życia. Dwoje znamy - to Javier i Anna.

 

Państwo daje im zasiłek (niewielki - tyle, żeby starczyło na przeżycie), pomaga wrócić do szkoły (90 proc. zdemobilizowanych nie umie czytać ani pisać), zdobyć zawód i pracę. Są też wymagania: mają skończyć przynajmniej podstawówkę, zaliczyć 90 godzin pracy społecznej. Reintegracja trwa od czterech do siedmiu lat. Kto spełni wszystkie warunki, dostaje dyplom. To uroczysty moment: jest ciasto, szampan, przychodzi rodzina (jeśli jest), przyjaciele.

 

Ale na początku jest strach i niepewność. - Partyzanci najbardziej boją się, że zostaną wytropieni - mówi Dora. - Przez pierwsze miesiące często zmieniają mieszkania, a nawet miasta, żeby nie dosięgła ich zemsta dawnych towarzyszy.

 

Czasami niebezpieczeństwo jest tylko w głowie. Człowiek idzie ulicą i kątem oka widzi samochód, który przyspiesza (na pewno po mnie! - myśli). W autobusie ktoś za długo mu się przygląda (musi być z FARC!), przed domem parkuje nieznajoma furgonetka (odkryli, gdzie mieszkam!), taksówkarz jakoś długo kluczy między blokami (podstawiony!).

 

Dora ma na to nazwy: stres pourazowy, psychoza, nerwica lękowa.

 

Ci, którzy jakoś się z tego pierwszego strachu otrząsną, wyleczą albo nauczą z nim żyć, boją się zdemaskowania. Sąsiedzi, szef, koledzy z pracy - nikt nie może się dowiedzieć, że byli członkami guerilli. Taka informacja oznacza społeczną śmierć; nikt nie będzie chciał się przyjaźnić, pracować ani nawet wymieniać pozdrowień z człowiekiem, który zabijał, porywał i gwałcił.

 

Wystarczy wyjść na ulicę, popytać. - Przeklęci terroryści, niech gniją w więzieniach - rzuca sprzedawca kramu z owocami, kiedy tylko wymawiam słowo FARC.

 

- Zatrudnić byłego partyzanta? - pan z teczką, właściciel firmy budowlanej, waży słowa. - Proszę posłuchać: pracuję z ludźmi, nie ze zwierzętami.

 

- Rozumiem, że pojednanie jest konieczne - zaczyna znajoma z organizacji pozarządowej. - Rozumiem, że tak było w Bośni, w Rwandzie, tak musi być w Kolumbii. Ale nasza wojna trwa całe moje życie. I całe życie mojej mamy. W tej wojnie zginął mój ojciec, zginęło wiele osób. Codziennie rano budzę się i wierzę w pokój. Ale wieczorem idę do knajpy i nie chcę się zastanawiać, czy zabójca przypadkiem nie nalewa mi piwa.

 

To, zdaniem Dory, jest największy problem reintegracji: Kolumbijczycy chcą, żeby wojna się skończyła, ale nie chcą wśród siebie tych, którzy w niej walczyli. A jest ich kilkadziesiąt tysięcy. W listopadzie zeszłego roku rząd rozpoczął rozmowy pokojowe z FARC. Jeśli zakończą się porozumieniem, dołączą do nich kolejni.

 

Co z nimi zrobić?

 

Telefon

 

- Dla każdego mam inne kłamstwo - mówi Anna.

 

Ma na sobie fioletową sukienkę przed kolano, delikatny makijaż, w skórzanym plecaku - książki. Wróciła na prawo - znowu jest na piątym roku.

 

- Jednym mówię, że zaczęłam studiować tak późno, bo wcześniej pracowałam. Innym - że pochodzę z małego miasteczka, gdzie nie było uczelni. Jeszcze innym - że mam za sobą trudne małżeństwo i rozwód, o którym wolałabym nie opowiadać.

 

Przy zdaniu o rozwodzie nawet się uśmiecha.

 

W ucieczce pomógł jej przypadek. Dowódcy wysłali ją i dwóch chłopaków do wioski odległej o dwa dni marszu. Dali telefon, żeby mogła meldować o tym, gdzie są. Kiedy nikt nie patrzył, wybrała numer koleżanki, która niedawno uciekła z oddziału. Chciała tylko zapytać, gdzie jest, czy nic jej nie grozi.

 

Mężczyzna, który odebrał, był żołnierzem armii rządowej. Rozłączyła się, oddzwonił. - Milena? Wiem, kim jesteś.

 

Powiedział, żeby się poddała. Że nic jej nie grozi, że jest program, którzy pomaga takim jak ona wrócić do życia w cywilu. Że jeśli tylko uda jej się dotrzeć do wioski (podał nazwę), dziewięć godzin drogi od miejsca, w którym teraz jest, będzie na nią czekał samochód.

 

Anna nie uwierzyła żołnierzowi od razu. Zadzwoniła do brata: - Czy to prawda, że takich jak ona nie wsadzają do więzień?

 

- Prawda - powiedział. - Wracaj.

 

Szła długo, całą noc. W bazie wojskowej pościelono dla niej w osobnym pokoju. Z pierwszej nocy na wolności zapamiętała białe wykrochmalone prześcieradło i wentylator na suficie, który mielił bezsenne godziny. I strach - była przecież w obozie wroga.

 

Pytania, których się nie zadaje

 

Javier uciekł przez dziewczynę. Miała 17 lat, on - 35. Widywali się na przepustkach, kiedy przychodził do jej wsi. "Co to za życie - mówiła. - Młodość zmarnowałeś, to choć resztę życia ratuj". Marzył jej się ślub, dziecko. Umówili się: będzie okazja, ucieknie. Krótko po tej rozmowie wyszedł z obozu odebrać zakładników i nigdy nie dotarł na miejsce.

 

Wyjechali do Bogoty, tu łatwiej się ukryć. Tu jest Dora, której Javier opowiada po kawałku swoje życie w dżungli. 19 lat, dużo opowiadania.

 

Nie można tylko Javiera pytać, czy zabijał. Ci, którzy zabijali, muszą odpowiadać przed sądem, nie obejmuje ich program reintegracji. Dlatego do ośrodka najczęściej trafiają tacy, którzy byli kucharzami, łącznikami, zaopatrzeniowcami, informatorami, mechanikami, wywiadowcami, edukatorami politycznymi - albo tak mówią.

 

Javier był dowódcą oddziału (po powrocie z rządowego wojska szybko awansował).

 

- Być może niektórzy z naszych podopiecznych kłamią. Być może mają na sumieniu coś, czego nie udało się wychwycić podczas przesłuchania - mówią mi pracownicy ośrodka w Bogocie. - Ale to cena procesu pokojowego. Kolumbia musi ją zapłacić.

 

Jak to wytłumaczyć Kolumbijczykom?

 

90 proc. z nich jest przeciwko FARC. Nikt już nie pamięta, o co walczyli. Pamięta się ich zbrodnie: porwania, wymuszanie haraczy, wcielanie do armii dzieci, egzekucje zakładników. Obwinia o wojnę, która nie chce się skończyć. W jej najgorszym momencie, w latach 1996-2002, Kolumbia trafiła na listę najbardziej niebezpiecznych państw na świecie. Co osiem godzin ktoś znikał uprowadzony, każdego dnia od miny ginęła przynajmniej jedna osoba. I chociaż najnowszy raport pokazuje, że najwięcej zabójstw mają na koncie paramilitarni - prawicowe bojówki - to partyzanci FARC stali się synonimem przemocy.

 

A teraz i jednym, i drugim trzeba podać rękę, obsłużyć w sklepie, na klatce schodowej powiedzieć "dzień dobry".

 

Alejandro Ederowi (politolog, 38 lat) łatwiej jest do tego namawiać, bo sam jest ofiarą tej wojny. W 1965 roku partyzanci uprowadzili i zamordowali jego dziadka. Kiedy urodził się Alejandro, rodzice uznali, że bezpieczniej będzie chłopca wysłać za granicę.

 

- Pamiętam moje pierwsze spotkanie z FARC - opowiada. - Na Uniwersytecie Columbia pisałem pracę o partyzantach. I jako młody naukowiec pojechałem się z nimi spotkać. Czekali w umówionym miejscu, zaprosili do namiotu. Poprosiłem o dziesięć minut. Tyle było mi trzeba, żeby uspokoić serce - ze strachu waliło jak oszalałe. A potem zaczęliśmy rozmawiać. Zobaczyłem, że oni kochają piłkę nożną i mają swoje ulubione drużyny. Że bogotańczycy opowiadają kawały o tych z Medellin, a ci z Medellin - o tych z wybrzeża. Że są - jakby to powiedzieć - Kolumbijczykami, jak ja.

 

Eder wrócił do kraju, dziś stoi na czele Kolumbijskiej Agencji Reintegracji.

 

Miasto

 

W Bogocie łatwiej się ukryć, ale trudniej żyć, mówi Javier.

 

Pierwszy raz zobaczył miasto, kiedy miał 15 lat. Wysłali go do apteki po lekarstwo dla komendanta. Drugi raz - kiedy był w wojsku (tym rządowym). Ale to były miasta małe, miasteczka w zasadzie, i nigdy nie musiał w nich mieszkać.

 

Przez prawie 20 lat domem Javiera były góry i lasy. Potrafi rozpalić ognisko, zbudować szałas, rozpoznać po gwiazdach strony świata. W mieście to wszystko jest nieprzydatne. Miasto przeraża. Jak przejść na drugą stronę ulicy? Wybrać pieniądze z bankomatu? Jak dostać się z przedmieść do centrum? Jak się przywitać z sąsiadem, zamówić pizzę, ustawić w kolejce?

 

Tego wszystkiego Javier uczy się z Dorą.

 

Inna trudność: jak przeżyć dzień, którego nikt nie zaplanował za nas co do minuty? Przez pierwsze lata Anna budzi się w nocy co dwie godziny, jak na wartę. Pierwsza myśl rano - co teraz? Można wstać z łóżka, można poleżeć dłużej. Można wziąć prysznic, stać pod wodą dwie minuty, pięć. A 15? W lesie, jeśli ktoś mył się dłużej niż trzy, dostawał karę. Teraz tylko skóra się marszczy na opuszkach palców od wilgoci.

 

To wszystko jest i piękne, i straszne, mówi Anna. Bo w partyzantce na wszystko był rozkaz. A tutaj samemu trzeba decydować: co robić, kim być.

 

Laura

 

Program reintegracji ma już dziesięć lat. Z tej okazji - wydarzenie. W sali konferencyjnej w centrum Bogoty tłok: przybyli przedstawiciele rządu, biznesu, organizacji pozarządowych, Unii Europejskiej i USA. Przyszli byli partyzanci, paramilitarni, członkowie innych grup zbrojnych. Łatwo ich poznać: mają twarze pociemniałe od słońca, noszą swetry (mężczyźni) i niemodne garsonki (kobiety). I Anna przyszła (na chwilę, bo musi biec na zajęcia). I Javier miał być, ale zatrzymała go praca (ma małą firmę budowlaną).

 

Siedzą razem, ale jakby osobno: VIP-y po lewej, zdemobilizowani po prawej. Słuchają, jak przemawia Alejandro Eder, jak swoje świadectwa dają byli bojownicy.

 

Kilka osób stoi w drzwiach, stąd też dobrze słychać. Jest wśród nich dziewczyna - długie włosy, dopasowana spódnica, szpilki, apaszka.

 

- Laura Vlloa - przedstawia się.

 

Od tamtych wydarzeń, mówi, minęło dużo czasu. Skończyła studia (nauki polityczne), wyjechała do Nowego Jorku na staż do ONZ. Niedawno dostała pracę: w Agencji Reintegracji zajmuje się kwestiami bezpieczeństwa.

 

Czasem myśli: a może spotkam któregoś z tamtych?

 

Wszystkich ich z imienia pamięta.

 

Imiona byłych partyzantów zostały zmienione na ich prośbę.

 

 

Katarzyna Brejwo - Tekst ukazał się w "Dużym Formacie" 11.09.2013

 

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

PL

Rekolektyw.pl logo.png
Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

Katarzyna Brejwo

 

Kiedy zabójca nalewa ci piwo

Zatrudni pan byłego partyzanta? - zapytałam właściciela firmy budowlanej. - Pracuję z ludźmi, nie ze zwierzętami – odpowiedział.

 

Tego dnia Laura Vlloa jak zawsze wraca ze szkoły autobusem.

 

Przez okno widzi już dom, kiedy kierowca nagle hamuje. Do środka wpadają uzbrojeni mężczyźni, każą dzieciom pochylić głowy. Jeden przeciska się na koniec i próbuje wyrwać ją z fotela. "Proszę pana, pas!", krzyczy, bo pas bezpieczeństwa - obowiązkowy w szkolnym autobusie - zaciska się jej na brzuchu (potem zostanie w tym miejscu czerwona pręga).

 

Zdąży jeszcze złowić spojrzenie siostry, w którym strach miesza się ze zdziwieniem. Później Laura dowie się, że to ją chcieli zabrać, ale nakryła się tornistrem. Pomyśli, że dobrze się stało - siostra to jeszcze dziecko, ma siedem lat (Laura - jedenaście).

 

Dzieci w milczeniu patrzą, jak wynoszą ją z autobusu. I kierowca patrzy. Jest dla niej jak wujek, woził ją do szkoły, odkąd skończyła cztery lata. Teraz ma lufę pistoletu przy skroni i taki żal w oczach, że Laurę większy strach ogarnia od tego spojrzenia niż od widoku mężczyzn w kominiarkach.

 

Wiozą ją za miasto, w góry. Pod lasem czeka inna grupa, w mundurach w panterkę. Ma iść w ich stronę; jeśli spróbuje uciec, będą strzelać. Robi parę kroków, a wtedy mężczyzna, który wyrwał ją z fotela, dogania ją i przyciska do piersi. - Wszystko będzie dobrze, nic się nie bój, skarbie - szepcze i przytula tak mocno, że Laura czuje bicie jego serca, a na szkolnym mundurku odciska się plama potu z jego koszuli.

 

Później dowie się, że to był Efraim, ogrodnik jej rodziców. Pracował u nich pięć lat, miał siostrę w jej wieku. Na Boże Narodzenie całą rodziną chodzili do nich do domu z prezentami. Pożegnali go rok temu; powiedział, że dostał lepszą pracę gdzie indziej.

 

Ale na razie Laura nie rozpoznaje w obcym Efraima. Dziwi ją tylko, że dorosły facet nagle rozkleił się jak dziecko. Sama nie płacze, nie krzyczy. Każą iść - idzie. "Zupełnie jakby wszystko we mnie stanęło, zamarło", tak będzie o tym później opowiadać. Jest październik 2001 roku. Następnego dnia w radiu podadzą, że uczennica piątej klasy, córka zamożnych przedsiębiorców rolnych z Cali, została uprowadzona przez partyzantów z FARC, Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii.

 

Lekcja

 

W domu Laura miała pokój zamykany na klucz, łazienkę z ciepłą wodą i gosposię na każde zawołanie. W obozie pokazują jej namiot, który będzie dzielić z bojowniczką. Toaleta - za drzewem. Nawet na siku nie może iść sama, cały czas jej pilnują.

 

Myśli, że jak będzie niegrzeczna, to porwą sobie inną dziewczynkę, a ją odeślą do domu. Kaprysi przy jedzeniu, z posłania zwleka się najpóźniej jak może, na pytania odpowiada burknięciami albo wcale. - Po tygodniu dotarło do mnie, że to nie skutkuje.

 

Następnego dnia wchodzi do namiotu kuchni polowej uśmiechnięta. Łyżki zastygają w powietrzu, kiedy pyta chłopaków z oddziału, jak im się spało. Od tej pory ma cel: przeżyć ten czas najlepiej, jak się da. - Wiedziałam, że moi rodzice zamartwiają się na śmierć. Pomyślałam, że jak wrócę cała i zdrowa, jakoś im to wynagrodzę.

 

Przestaje się obijać podczas musztry. Biega, czołga się, robi pompki, aż na chudych ramionach wyskoczą mięśnie. Pomaga w kuchni, uczy się szybko zwijać i stawiać namiot, maszeruje kilometrami i nie marudzi, że bolą nogi.

 

Na zajęciach z marksizmu podnosi rękę, kiedy prowadzący wychwala socjalizm na Kubie. - Co to za równość, skoro wszyscy są biedni? - pyta. (Tak naprawdę powtarza to, co usłyszała do taty. Strasznie się denerwował, oglądając wieczorem wiadomości).

 

- Siedź cicho - słyszy w odpowiedzi.

 

I tak za każdym razem, aż w końcu grożą jej - trochę żartem, jak to dzieciakowi - że na czas nauk ideologicznych będzie odsyłana do namiotu na drugi koniec obozu. To już woli słuchać: o tym, że FARC powstało, żeby bronić biednych chłopów przed wyzyskiem ze strony panów, i że jest największą armią partyzancką w Ameryce Łacińskiej, która zaprowadzi w jej ojczyźnie socjalizm i szczęście.

 

- A co będzie, jak ucieknę? - pyta czasem.

 

- Zastrzelimy cię.

 

- A jak ktoś przyjdzie mnie uwolnić?

 

- Zastrzelimy i ciebie, i jego.

 

Mija pierwszy miesiąc, drugi, a oni cały czas obiecują jej, że zaraz wróci do domu. Laura wie, że jej ojciec będzie musiał zapłacić okup (dzieci w Kolumbii wiedzą wszystko o porwaniach). I że ktoś już do niego w tej sprawie przyszedł. Może Efraim? Niedawno spotkała jego siostrę. Elena siedziała na pniu zwalonego drzewa, zawołała ją po imieniu. Na kolanach trzymała karabin, wydawała się dużo starsza niż rok temu, kiedy bawiły się na trawniku przed willą państwa Vlloa.

 

Wreszcie każą jej się pakować. - Biegałam po obozie i rozdawałam swoje rzeczy. Koleżance, co zawsze marzła, dałam koc, komuś innemu menażkę. I jak już zostałam w butach i mundurze, gotowa do drogi, dowódca spojrzał na mnie i powiedział: "Prima aprilis!".

 

Jest 28 grudnia, dzień, w którym Kolumbijczycy robią sobie kawały.

 

Drugi raz, kiedy mówią jej, że wraca do domu, tylko machnie ręką. Uwierzy dopiero, kiedy dowódca poda jej kartkę z zapisanym rozkazem - "Libera a Laura", uwolnić Laurę. Płacze trochę z radości, a trochę z żalu, że będzie musiała ich wszystkich zostawić.

 

Trzy dni maszerują przez góry do wioski, gdzie ma zostać przekazana rodzinie. W umówione miejsce podjeżdża samochód. Laura wie, że po porwanych rzadko zgłaszają się członkowie rodziny - zbyt duże jest ryzyko, że porywacze mogliby wziąć nową ofiarę. Ale otwierają się drzwi i z samochodu wychodzi jej ojciec. - Przygarbiony, chudy, siwiuteńki. Jakby minęło 20 lat, a nie osiem miesięcy.

 

Obce słowa

 

Mieli dostać z powrotem ukochaną córeczkę, przyjeżdża guerillera. Postura jak u chłopaka, na brzuchu sześciopak, na nogach strupy i zadrapania.

 

Przy kolacji Laura mówi ojcu, że powinien rozdać ziemię chłopom.

 

Przez telefon dziennikarzom, że należy zaprowadzić socjalizm (Telefon dzwoni cały dzień, wywiad z Laurą chce mieć każda gazeta i stacja radiowa w Cali. Rodzice podsłuchują pod drzwiami i płaczą).

 

Kiedy do domu zaczynają dzwonić partyzanci (Laura zostawiła im swój telefon i adres), ojciec zmienia numer.

 

Dawne koleżanki ją nudzą. Ile można gadać o nowym modelu dżinsów? Na urodzinach i przyjęciach wybiera towarzystwo dorosłych; dzieciaki piją lemoniadę w ogrodzie, a ona w salonie rozprawia z ich rodzicami o polityce. Czasem ma wrażenie, że wypadają z niej obce słowa. Jakby jakiś inny głos siedział w głowie i dyktował, co mówić. Nikomu się z tego nie zwierza; zresztą - kto by zrozumiał?

 

Wieczorami siedzi nad książkami. Rodzice mają nadzieję, że odrobi stracony rok, wróci do szkoły, potem na studia. Ale Laura już obiecała partyzantom, że jak tylko skończy osiemnaście lat, wraca do FARC.

 

Anna

 

Kiedy ogrodnik Efraim planuje porwanie córki swoich pracodawców, 150 kilometrów na południe Anna Rojas, studentka piątego semestru prawa, podejmuje inną dramatyczną decyzję.

 

Na uniwersytecie w Popayan gotuje się od polityki. Studenci organizują wiece, zebrania, dyskusje. Anna - drobna, nieśmiała, z włosami w kucyk i dołeczkami w policzkach - nigdy się polityką nie interesowała. Na zebrania partii komunistycznej zabiera ją koleżanka, z którą dzieli pokój w akademiku.

 

Dowiaduje się na nich, że Kolumbia mogłaby być rajem na ziemi. Ma przecież ropę, węgiel kamienny i gaz ziemny, rudy żelaza, cynku, miedzi, złoto, srebro i największe na świecie złoża szmaragdów. W ciepłym, wilgotnym klimacie można uprawiać kawę, bawełnę, tytoń, trzcinę cukrową, kakaowiec, ryż, kukurydzę, ziemniaki - i to przez cały rok, bo Kolumbia nie zna zimy.

 

Jak to się dzieje, że w tak bogatym kraju połowa ludności żyje poniżej granicy ubóstwa? - pytają na wiecach, dyskusjach i zebraniach studenci. Ponieważ prawie cała ziemia należy do kilkudziesięciu rodzin. Bogate elity mają wszystko, reszta - nic.

 

Nie daje to Annie spokoju. Czyta Marksa, Engelsa, Simóna Bol~vara (był bojownikiem o niepodłegłość krajów Ameryki Łacińskiej). Zaczyna działać w partii. Na początku nic specjalnego - rozwiesza plakaty, organizuje spotkania.

 

We wrześniu zgłasza się do oddziału FARC - na miesiąc, góra dwa, tak jak robi wielu znajomych z uczelni (trzeba sprawdzić się w terenie, przekonują). Dostaje mundur, buty za duże o jeden numer i nowe, rewolucyjne imię: Milena. Będzie się zajmowała łącznością: redagowaniem komunikatów FARC i edukacją innych partyzantów (do plecaka wkłada kilka książek). Rodzicom nic nie mówi, w końcu jest dorosła, właśnie skończyła 19 lat. A poza tym po co ich martwić? Zanim się obejrzą, będzie z powrotem na uczelni.

 

Jeszcze nie wie, że za miesiąc jej oddział zostanie otoczony . Droga do miasta zostanie odcięta.

 

Dwa miesiące później będą uciekać przed armią rządową. W obozie, który właśnie zajęli żołnierze, zostanie plecak Anny, a w nim legitymacja z jej nazwiskiem. Jest przekonana, że jeśli wróci, trafi do więzienia.

 

Zostanie w dżungli dziesięć lat.

 

Utopia

 

Kiedy Anna idzie do lasu, guerilla ma pod bronią blisko 20 tysięcy osób i kontroluje ponad połowę terytorium Kolumbii. To partyzanckie państwo w państwie: na swoich terenach FARC pobiera podatki, organizuje szkoły, przychodnie, rozsądza spory.

 

Trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od grupy zbuntowanych chłopów, którzy w latach 60. zajęli w górach kawałek ziemi. Marquetalia - jak nazwali swoją komunę - miała 800 kilometrów kwadratowych (tyle, ile stolica Niemiec) i liczyła tysiąc mieszkańców; broń miało z 50.

 

W maju 1964 roku rząd wysłał przeciwko Marquetalii wojsko: 16 tysięcy żołnierzy, samoloty bojowe i helikoptery. Operację wspierały Stany Zjednoczone, które obawiały się - nie bardziej niż kolumbijski rząd - że z rolniczej komuny wyrośnie nowa Kuba.

 

48 osób, którym udało się uratować, dało początek FARC. Głosili hasło: prawo do ziemi i sprawiedliwości społecznej. Kiedy partyzancka armia urosła w siłę, właściciele ziemscy i hodowcy bydła powołali do życia paramilitarne oddziały samoobrony. Walki między FARC, paramilitarnymi i armią rządową przerodziły się w regularną wojnę.

 

To najdłuższa wojna domowa na świecie. Przez ponad pół wieku zginęło w niej 350 tysięcy osób, głównie cywilów (to jakby z mapy zniknęła cała Bydgoszcz). Ponad 30 tysięcy zostało uprowadzonych, a drugie tyle zaginęło bez wieści. Blisko 5 milionów straciło dach nad głową (to tak, jakby naraz wysiedlić całą Irlandię).

 

Javier

 

Javier (lat 41) wychował się wśród tych samych gór, gdzie chłopi zakładali Marquetalię.

 

Opowiada: - Pierwszy raz zobaczyłem tort, za szybą cukierni, kiedy byłem już dorosły. Nie wiedziałem, że można świętować urodziny. Zabawki? Nigdy się nie bawiliśmy. Teraz mam córkę, pięć lat: kupię jej lalkę, pohuśtam. Tak się robi, prawda?

 

Kiedy byłem w jej wieku, pracowałem u państwa Pérez. Państwo mieli farmę, na której uprawiali kawę, kukurydzę i fasolę; trzymali też świnie, krowy i kury. Urodziłem się na tej farmie jako ostatni z siedemnaściorga rodzeństwa, w szopie na ziarno. Tam spaliśmy: mama na łóżku, my po trzech-czterech na klepisku.

 

Ojca nie pamiętam, wpadł pod samochód, kiedy miałem cztery lata.

 

Wstawałem o czwartej, ze słońcem, i prowadziłem krowy państwa Pérez na pastwisko. O szóstej wychodziłem do szkoły - półtorej godziny w jedną stronę. Mama bardzo chciała, żeby choć jedno z nas poszło się uczyć. Może myślała, że będę miał potem lepsze życie? Jakie dokładnie, nie wiem, bo rozmawiać nie było czasu: po szkole od razu goniła mnie do pracy, trzeba było świniom podścielić, krowy zagnać do obory, kukurydzę wymłócić na placki, aż zaszło słońce i kładliśmy się spać.

 

Jadło się to, co dali państwo Pérez: fasolę, kukurydzę. Raz w roku, na Boże Narodzenie, zabijaliśmy kurczaka. Prezentów nie było. Pieniędzy starczało na tyle, żeby każdemu z nas co roku kupić nową koszulę.

 

Pewnego dnia do naszej szkoły przyszli partyzanci z FARC. Pokazali nam, jak się ładuje i rozładowuje karabin. Kto chciał, mógł go potrzymać. Obiecali, że każdy, kto pójdzie z nimi, dostanie taki na własność, a do tego prawdziwe buty, nowe ubranie i jedzenia tyle, ile damy radę zjeść.

 

Następnego dnia wstałem jak zwykle ze słońcem. Wyprowadziłem krowy, nakarmiłem świnie, posypałem kurom. A potem spakowałem zeszyt jak do szkoły i poszedłem do partyzantów.

 

- Ile miałeś lat, Javier?

 

- 14.

 

 

Pigułka

 

Anna chciałaby rozmawiać o tym, jak urządzić nową Kolumbię, ale nie ma z kim. Książki? Połowa oddziału nie umie czytać. Na jej zajęciach ktoś dłubie w zębach, ktoś ziewa. Jak trzeba kogoś ukarać, dowódca daje do wyboru: kopanie rowu na 20 metrów albo godzinę lektur (większość wybiera kopanie rowu).

 

Patrzą na nią krzywo, że studentka, że z dobrego domu. Miała lepiej, wiadomo, ale niech nie myśli, że tu jej będzie łatwiej.

 

Uczy się zasad nowego życia. Po pierwsze, żadnej dyskusji: dowódca ma zawsze rację, i nie obchodzi go, co myśli Anna.

 

Po drugie, nikomu nie ufać. Człowiek powie jakieś nieostrożne słowo, na przykład, że mu ciężko - doniosą, że rozważa ucieczkę. Usiądzie pod drzewem, zamyśli się - podejrzany, bo o czym tak myśli, skoro wszystko jest jasne. - Co wieczór mieliśmy godzinę szczerości, gdzie omawialiśmy wydarzenia z całego dnia. Głównie były to donosy i wzajemne oskarżenia.

 

Ktoś doniósł na Annę, że zadzwoniła do domu. Dostaje karę - porąbać na 50 równych kawałków drzewo powalone w dżungli. Nie dochodzi nawet do połowy, a dłonie ma całe w pęcherzach.

 

Po trzecie, na nikogo nie liczyć.

 

Mija piąty rok, kiedy Anna orientuje się, że jest w ciąży. Nie może patrzeć na jedzenie (codziennie fasola albo ryż), wymiotuje, ledwo nadąża za swoim oddziałem. Akurat muszą uciekać, bo w okolicy roi się od wojska, i maszerują 15-16 godzin dziennie. Ktoś mógłby wziąć od niej plecak z komputerem, ale po co? Guerillera nie może mieć dzieci, chyba że jest żoną dowódcy.

 

Na wieść o ciąży chłopak mówi jej, że między nimi koniec. Wkrótce potem przejdzie do innego oddziału. Zobaczą się jeszcze raz, może dwa razy.

 

Wieczorem przychodzi pielęgniarka. - Weź to - podaje Annie dwie małe tabletki.

 

- Odmówić? Żadnej z nas by to nie przyszło do głowy. To był rozkaz, z rozkazami się nie dyskutuje.

 

Misoproston wywołuje skurcze macicy. Wchodzi w skład pigułki poronnej, ale nie powinno się go stosować powyżej drugiego miesiąca. Anna jest w piątym (dokładnie nie wie, bo nikt jej nie zbadał).

 

Ból jest taki, jakby ktoś obcęgami ściskał jej podbrzusze. Przez całą noc woła o tabletkę przeciwbólową, o kubek wody, o to, żeby ktoś przyszedł i ją zastrzelił (skoro ma umrzeć, niech to się stanie szybciej).

 

Na sąsiednim posłaniu - cisza. W namiotach obok - tak samo.

 

Rano przychodzi pielęgniarka. Po jej minie widać, że coś poszło nie tak. Każe Annie rozłożyć nogi, bierze szczypce i powoli wyszarpuje to, co zostało.

 

Tego dnia Anna uczy się kolejnej zasady: nie czuć.

 

Od tej pory myśli już tylko o tym, żeby uciec. Ale jak? Z FARC wychodzi się albo martwym, albo wcale.

 

Apel

 

Po kilku miesiącach Javier (lat czternaście i pół) mówi dowódcy, że chce wracać do domu. Bracia się pożenili, poszli do pracy na innych farmach, niewielu zostało mamie do pomocy. - Za dużo o nas wiesz - słyszy.

 

Mają dla niego inny plan: za trzy lata skończy 17 lat, a to wiek, kiedy w Kolumbii biorą do wojska. Wyszkolą go tam, to się potem przyda w walce. - Jeśli nas zdradzisz, zabijemy twoją matkę. I braci twoich zabijemy, i siostry - uprzedza dowódca i na wszelki wypadek wymienia wszystkich z imienia: Andreę, Jorge, Manuela, Daniela i tak dalej.

 

Ale Javiera nie trzeba straszyć. Wcześniej z oddziału uciekł jego bratanek Jes s. - Nic mi nie powiedział. Po prostu obudziłem się, a jego już nie było. Po trzech dniach - apel. Zebraliśmy się na placu, przywlekli go z lasu. "Patrzcie - mówili - na tego zdrajcę i tchórza".

 

Javier patrzył, nie było wyjścia. I inni patrzyli, bez słowa, jak dowódca wyciąga pistolet i strzela Jes sowi w tył głowy.

 

- Ile miał lat?

 

- 13.

 

Światło

 

W Bogocie, w dzielnicy, która nie jest ani bogata, ani biedna, w bocznej ulicy, która niczym się nie wyróżnia od dziesiątek okolicznych ulic, stoi dom bez żadnych znaków szczególnych. Nie ma na nim tabliczki (na wszelki wypadek), a wejścia pilnuje ochroniarz.

 

To centrum reintegracji, gdzie po pomoc przychodzą desmovilizados, zdemobilizowani. Tak mówi się na członków FARC i innych zbrojnych grup, którzy zdecydowali się złożyć broń.

 

Niektórzy mówią, że to jedyny sposób, żeby zakończyć tę wojnę - przekonać walczących, żeby wrócili do domów. To przesłanie trafia do dżungli w ulotkach zrzucanych z samolotów, miga na billboardach w czasie meczów (Kolumbijczycy kochają futbol), wisi na słupach w czasie wiejskich festynów.

 

Dwa lata temu wojsko przeprowadziło operację "Boże Narodzenie": do regionów, gdzie przebywa najwięcej partyzantów FARC, wysłano śmigłowce z dwoma kontyngentami żołnierzy. Mieli jedno zadanie: znaleźć najwyższe drzewo w okolicy i udekorować je lampkami choinkowymi.

 

Kiedy ktoś przechodził koło drzewa, czujnik ruchu uruchamiał światełka.

 

- Święta to czas, kiedy partyzanci najbardziej tęsknią za rodziną - tłumaczyli swój pomysł specjaliści z agencji reklamowej (za "Boże Narodzenie" dostali nagrodę na festiwalu reklamy w Cannes).

 

W czasie tamtych świąt poddało się 331 osób. Przez ostatnie dziesięć lat - 55 308. Co się z nimi dzieje?

 

Dora, brunetka o łagodnym uśmiechu i włosach zaplecionych w gruby warkocz, zaprasza do małego pokoju na tyłach budynku. Jest psycholożką, chociaż woli mówić o sobie "reintegratorka". Ma 80 podopiecznych, których uczy nowego życia. Dwoje znamy - to Javier i Anna.

 

Państwo daje im zasiłek (niewielki - tyle, żeby starczyło na przeżycie), pomaga wrócić do szkoły (90 proc. zdemobilizowanych nie umie czytać ani pisać), zdobyć zawód i pracę. Są też wymagania: mają skończyć przynajmniej podstawówkę, zaliczyć 90 godzin pracy społecznej. Reintegracja trwa od czterech do siedmiu lat. Kto spełni wszystkie warunki, dostaje dyplom. To uroczysty moment: jest ciasto, szampan, przychodzi rodzina (jeśli jest), przyjaciele.

 

Ale na początku jest strach i niepewność. - Partyzanci najbardziej boją się, że zostaną wytropieni - mówi Dora. - Przez pierwsze miesiące często zmieniają mieszkania, a nawet miasta, żeby nie dosięgła ich zemsta dawnych towarzyszy.

 

Czasami niebezpieczeństwo jest tylko w głowie. Człowiek idzie ulicą i kątem oka widzi samochód, który przyspiesza (na pewno po mnie! - myśli). W autobusie ktoś za długo mu się przygląda (musi być z FARC!), przed domem parkuje nieznajoma furgonetka (odkryli, gdzie mieszkam!), taksówkarz jakoś długo kluczy między blokami (podstawiony!).

 

Dora ma na to nazwy: stres pourazowy, psychoza, nerwica lękowa.

 

Ci, którzy jakoś się z tego pierwszego strachu otrząsną, wyleczą albo nauczą z nim żyć, boją się zdemaskowania. Sąsiedzi, szef, koledzy z pracy - nikt nie może się dowiedzieć, że byli członkami guerilli. Taka informacja oznacza społeczną śmierć; nikt nie będzie chciał się przyjaźnić, pracować ani nawet wymieniać pozdrowień z człowiekiem, który zabijał, porywał i gwałcił.

 

Wystarczy wyjść na ulicę, popytać. - Przeklęci terroryści, niech gniją w więzieniach - rzuca sprzedawca kramu z owocami, kiedy tylko wymawiam słowo FARC.

 

- Zatrudnić byłego partyzanta? - pan z teczką, właściciel firmy budowlanej, waży słowa. - Proszę posłuchać: pracuję z ludźmi, nie ze zwierzętami.

 

- Rozumiem, że pojednanie jest konieczne - zaczyna znajoma z organizacji pozarządowej. - Rozumiem, że tak było w Bośni, w Rwandzie, tak musi być w Kolumbii. Ale nasza wojna trwa całe moje życie. I całe życie mojej mamy. W tej wojnie zginął mój ojciec, zginęło wiele osób. Codziennie rano budzę się i wierzę w pokój. Ale wieczorem idę do knajpy i nie chcę się zastanawiać, czy zabójca przypadkiem nie nalewa mi piwa.

 

To, zdaniem Dory, jest największy problem reintegracji: Kolumbijczycy chcą, żeby wojna się skończyła, ale nie chcą wśród siebie tych, którzy w niej walczyli. A jest ich kilkadziesiąt tysięcy. W listopadzie zeszłego roku rząd rozpoczął rozmowy pokojowe z FARC. Jeśli zakończą się porozumieniem, dołączą do nich kolejni.

 

Co z nimi zrobić?

 

Telefon

 

- Dla każdego mam inne kłamstwo - mówi Anna.

 

Ma na sobie fioletową sukienkę przed kolano, delikatny makijaż, w skórzanym plecaku - książki. Wróciła na prawo - znowu jest na piątym roku.

 

- Jednym mówię, że zaczęłam studiować tak późno, bo wcześniej pracowałam. Innym - że pochodzę z małego miasteczka, gdzie nie było uczelni. Jeszcze innym - że mam za sobą trudne małżeństwo i rozwód, o którym wolałabym nie opowiadać.

 

Przy zdaniu o rozwodzie nawet się uśmiecha.

 

W ucieczce pomógł jej przypadek. Dowódcy wysłali ją i dwóch chłopaków do wioski odległej o dwa dni marszu. Dali telefon, żeby mogła meldować o tym, gdzie są. Kiedy nikt nie patrzył, wybrała numer koleżanki, która niedawno uciekła z oddziału. Chciała tylko zapytać, gdzie jest, czy nic jej nie grozi.

 

Mężczyzna, który odebrał, był żołnierzem armii rządowej. Rozłączyła się, oddzwonił. - Milena? Wiem, kim jesteś.

 

Powiedział, żeby się poddała. Że nic jej nie grozi, że jest program, którzy pomaga takim jak ona wrócić do życia w cywilu. Że jeśli tylko uda jej się dotrzeć do wioski (podał nazwę), dziewięć godzin drogi od miejsca, w którym teraz jest, będzie na nią czekał samochód.

 

Anna nie uwierzyła żołnierzowi od razu. Zadzwoniła do brata: - Czy to prawda, że takich jak ona nie wsadzają do więzień?

 

- Prawda - powiedział. - Wracaj.

 

Szła długo, całą noc. W bazie wojskowej pościelono dla niej w osobnym pokoju. Z pierwszej nocy na wolności zapamiętała białe wykrochmalone prześcieradło i wentylator na suficie, który mielił bezsenne godziny. I strach - była przecież w obozie wroga.

 

Pytania, których się nie zadaje

 

Javier uciekł przez dziewczynę. Miała 17 lat, on - 35. Widywali się na przepustkach, kiedy przychodził do jej wsi. "Co to za życie - mówiła. - Młodość zmarnowałeś, to choć resztę życia ratuj". Marzył jej się ślub, dziecko. Umówili się: będzie okazja, ucieknie. Krótko po tej rozmowie wyszedł z obozu odebrać zakładników i nigdy nie dotarł na miejsce.

 

Wyjechali do Bogoty, tu łatwiej się ukryć. Tu jest Dora, której Javier opowiada po kawałku swoje życie w dżungli. 19 lat, dużo opowiadania.

 

Nie można tylko Javiera pytać, czy zabijał. Ci, którzy zabijali, muszą odpowiadać przed sądem, nie obejmuje ich program reintegracji. Dlatego do ośrodka najczęściej trafiają tacy, którzy byli kucharzami, łącznikami, zaopatrzeniowcami, informatorami, mechanikami, wywiadowcami, edukatorami politycznymi - albo tak mówią.

 

Javier był dowódcą oddziału (po powrocie z rządowego wojska szybko awansował).

 

- Być może niektórzy z naszych podopiecznych kłamią. Być może mają na sumieniu coś, czego nie udało się wychwycić podczas przesłuchania - mówią mi pracownicy ośrodka w Bogocie. - Ale to cena procesu pokojowego. Kolumbia musi ją zapłacić.

 

Jak to wytłumaczyć Kolumbijczykom?

 

90 proc. z nich jest przeciwko FARC. Nikt już nie pamięta, o co walczyli. Pamięta się ich zbrodnie: porwania, wymuszanie haraczy, wcielanie do armii dzieci, egzekucje zakładników. Obwinia o wojnę, która nie chce się skończyć. W jej najgorszym momencie, w latach 1996-2002, Kolumbia trafiła na listę najbardziej niebezpiecznych państw na świecie. Co osiem godzin ktoś znikał uprowadzony, każdego dnia od miny ginęła przynajmniej jedna osoba. I chociaż najnowszy raport pokazuje, że najwięcej zabójstw mają na koncie paramilitarni - prawicowe bojówki - to partyzanci FARC stali się synonimem przemocy.

 

A teraz i jednym, i drugim trzeba podać rękę, obsłużyć w sklepie, na klatce schodowej powiedzieć "dzień dobry".

 

Alejandro Ederowi (politolog, 38 lat) łatwiej jest do tego namawiać, bo sam jest ofiarą tej wojny. W 1965 roku partyzanci uprowadzili i zamordowali jego dziadka. Kiedy urodził się Alejandro, rodzice uznali, że bezpieczniej będzie chłopca wysłać za granicę.

 

- Pamiętam moje pierwsze spotkanie z FARC - opowiada. - Na Uniwersytecie Columbia pisałem pracę o partyzantach. I jako młody naukowiec pojechałem się z nimi spotkać. Czekali w umówionym miejscu, zaprosili do namiotu. Poprosiłem o dziesięć minut. Tyle było mi trzeba, żeby uspokoić serce - ze strachu waliło jak oszalałe. A potem zaczęliśmy rozmawiać. Zobaczyłem, że oni kochają piłkę nożną i mają swoje ulubione drużyny. Że bogotańczycy opowiadają kawały o tych z Medellin, a ci z Medellin - o tych z wybrzeża. Że są - jakby to powiedzieć - Kolumbijczykami, jak ja.

 

Eder wrócił do kraju, dziś stoi na czele Kolumbijskiej Agencji Reintegracji.

 

Miasto

 

W Bogocie łatwiej się ukryć, ale trudniej żyć, mówi Javier.

 

Pierwszy raz zobaczył miasto, kiedy miał 15 lat. Wysłali go do apteki po lekarstwo dla komendanta. Drugi raz - kiedy był w wojsku (tym rządowym). Ale to były miasta małe, miasteczka w zasadzie, i nigdy nie musiał w nich mieszkać.

 

Przez prawie 20 lat domem Javiera były góry i lasy. Potrafi rozpalić ognisko, zbudować szałas, rozpoznać po gwiazdach strony świata. W mieście to wszystko jest nieprzydatne. Miasto przeraża. Jak przejść na drugą stronę ulicy? Wybrać pieniądze z bankomatu? Jak dostać się z przedmieść do centrum? Jak się przywitać z sąsiadem, zamówić pizzę, ustawić w kolejce?

 

Tego wszystkiego Javier uczy się z Dorą.

 

Inna trudność: jak przeżyć dzień, którego nikt nie zaplanował za nas co do minuty? Przez pierwsze lata Anna budzi się w nocy co dwie godziny, jak na wartę. Pierwsza myśl rano - co teraz? Można wstać z łóżka, można poleżeć dłużej. Można wziąć prysznic, stać pod wodą dwie minuty, pięć. A 15? W lesie, jeśli ktoś mył się dłużej niż trzy, dostawał karę. Teraz tylko skóra się marszczy na opuszkach palców od wilgoci.

 

To wszystko jest i piękne, i straszne, mówi Anna. Bo w partyzantce na wszystko był rozkaz. A tutaj samemu trzeba decydować: co robić, kim być.

 

Laura

 

Program reintegracji ma już dziesięć lat. Z tej okazji - wydarzenie. W sali konferencyjnej w centrum Bogoty tłok: przybyli przedstawiciele rządu, biznesu, organizacji pozarządowych, Unii Europejskiej i USA. Przyszli byli partyzanci, paramilitarni, członkowie innych grup zbrojnych. Łatwo ich poznać: mają twarze pociemniałe od słońca, noszą swetry (mężczyźni) i niemodne garsonki (kobiety). I Anna przyszła (na chwilę, bo musi biec na zajęcia). I Javier miał być, ale zatrzymała go praca (ma małą firmę budowlaną).

 

Siedzą razem, ale jakby osobno: VIP-y po lewej, zdemobilizowani po prawej. Słuchają, jak przemawia Alejandro Eder, jak swoje świadectwa dają byli bojownicy.

 

Kilka osób stoi w drzwiach, stąd też dobrze słychać. Jest wśród nich dziewczyna - długie włosy, dopasowana spódnica, szpilki, apaszka.

 

- Laura Vlloa - przedstawia się.

 

Od tamtych wydarzeń, mówi, minęło dużo czasu. Skończyła studia (nauki polityczne), wyjechała do Nowego Jorku na staż do ONZ. Niedawno dostała pracę: w Agencji Reintegracji zajmuje się kwestiami bezpieczeństwa.

 

Czasem myśli: a może spotkam któregoś z tamtych?

 

Wszystkich ich z imienia pamięta.

 

Imiona byłych partyzantów zostały zmienione na ich prośbę.

 

Katarzyna Brejwo - Tekst ukazał się w "Dużym Formacie" 11.09.2013

 

 

 

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

Katarzyna Brejwo

 

Kiedy zabójca nalewa ci piwo

Zatrudni pan byłego partyzanta? - zapytałam właściciela firmy budowlanej. - Pracuję z ludźmi, nie ze zwierzętami – odpowiedział.

 

Tego dnia Laura Vlloa jak zawsze wraca ze szkoły autobusem.

 

Przez okno widzi już dom, kiedy kierowca nagle hamuje. Do środka wpadają uzbrojeni mężczyźni, każą dzieciom pochylić głowy. Jeden przeciska się na koniec i próbuje wyrwać ją z fotela. "Proszę pana, pas!", krzyczy, bo pas bezpieczeństwa - obowiązkowy w szkolnym autobusie - zaciska się jej na brzuchu (potem zostanie w tym miejscu czerwona pręga).

 

Zdąży jeszcze złowić spojrzenie siostry, w którym strach miesza się ze zdziwieniem. Później Laura dowie się, że to ją chcieli zabrać, ale nakryła się tornistrem. Pomyśli, że dobrze się stało - siostra to jeszcze dziecko, ma siedem lat (Laura - jedenaście).

 

Dzieci w milczeniu patrzą, jak wynoszą ją z autobusu. I kierowca patrzy. Jest dla niej jak wujek, woził ją do szkoły, odkąd skończyła cztery lata. Teraz ma lufę pistoletu przy skroni i taki żal w oczach, że Laurę większy strach ogarnia od tego spojrzenia niż od widoku mężczyzn w kominiarkach.

 

Wiozą ją za miasto, w góry. Pod lasem czeka inna grupa, w mundurach w panterkę. Ma iść w ich stronę; jeśli spróbuje uciec, będą strzelać. Robi parę kroków, a wtedy mężczyzna, który wyrwał ją z fotela, dogania ją i przyciska do piersi. - Wszystko będzie dobrze, nic się nie bój, skarbie - szepcze i przytula tak mocno, że Laura czuje bicie jego serca, a na szkolnym mundurku odciska się plama potu z jego koszuli.

 

Później dowie się, że to był Efraim, ogrodnik jej rodziców. Pracował u nich pięć lat, miał siostrę w jej wieku. Na Boże Narodzenie całą rodziną chodzili do nich do domu z prezentami. Pożegnali go rok temu; powiedział, że dostał lepszą pracę gdzie indziej.

 

Ale na razie Laura nie rozpoznaje w obcym Efraima. Dziwi ją tylko, że dorosły facet nagle rozkleił się jak dziecko. Sama nie płacze, nie krzyczy. Każą iść - idzie. "Zupełnie jakby wszystko we mnie stanęło, zamarło", tak będzie o tym później opowiadać. Jest październik 2001 roku. Następnego dnia w radiu podadzą, że uczennica piątej klasy, córka zamożnych przedsiębiorców rolnych z Cali, została uprowadzona przez partyzantów z FARC, Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii.

 

Lekcja

 

W domu Laura miała pokój zamykany na klucz, łazienkę z ciepłą wodą i gosposię na każde zawołanie. W obozie pokazują jej namiot, który będzie dzielić z bojowniczką. Toaleta - za drzewem. Nawet na siku nie może iść sama, cały czas jej pilnują.

 

Myśli, że jak będzie niegrzeczna, to porwą sobie inną dziewczynkę, a ją odeślą do domu. Kaprysi przy jedzeniu, z posłania zwleka się najpóźniej jak może, na pytania odpowiada burknięciami albo wcale. - Po tygodniu dotarło do mnie, że to nie skutkuje.

 

Następnego dnia wchodzi do namiotu kuchni polowej uśmiechnięta. Łyżki zastygają w powietrzu, kiedy pyta chłopaków z oddziału, jak im się spało. Od tej pory ma cel: przeżyć ten czas najlepiej, jak się da. - Wiedziałam, że moi rodzice zamartwiają się na śmierć. Pomyślałam, że jak wrócę cała i zdrowa, jakoś im to wynagrodzę.

 

Przestaje się obijać podczas musztry. Biega, czołga się, robi pompki, aż na chudych ramionach wyskoczą mięśnie. Pomaga w kuchni, uczy się szybko zwijać i stawiać namiot, maszeruje kilometrami i nie marudzi, że bolą nogi.

 

Na zajęciach z marksizmu podnosi rękę, kiedy prowadzący wychwala socjalizm na Kubie. - Co to za równość, skoro wszyscy są biedni? - pyta. (Tak naprawdę powtarza to, co usłyszała do taty. Strasznie się denerwował, oglądając wieczorem wiadomości).

 

- Siedź cicho - słyszy w odpowiedzi.

 

I tak za każdym razem, aż w końcu grożą jej - trochę żartem, jak to dzieciakowi - że na czas nauk ideologicznych będzie odsyłana do namiotu na drugi koniec obozu. To już woli słuchać: o tym, że FARC powstało, żeby bronić biednych chłopów przed wyzyskiem ze strony panów, i że jest największą armią partyzancką w Ameryce Łacińskiej, która zaprowadzi w jej ojczyźnie socjalizm i szczęście.

 

- A co będzie, jak ucieknę? - pyta czasem.

 

- Zastrzelimy cię.

 

- A jak ktoś przyjdzie mnie uwolnić?

 

- Zastrzelimy i ciebie, i jego.

 

Mija pierwszy miesiąc, drugi, a oni cały czas obiecują jej, że zaraz wróci do domu. Laura wie, że jej ojciec będzie musiał zapłacić okup (dzieci w Kolumbii wiedzą wszystko o porwaniach). I że ktoś już do niego w tej sprawie przyszedł. Może Efraim? Niedawno spotkała jego siostrę. Elena siedziała na pniu zwalonego drzewa, zawołała ją po imieniu. Na kolanach trzymała karabin, wydawała się dużo starsza niż rok temu, kiedy bawiły się na trawniku przed willą państwa Vlloa.

 

Wreszcie każą jej się pakować. - Biegałam po obozie i rozdawałam swoje rzeczy. Koleżance, co zawsze marzła, dałam koc, komuś innemu menażkę. I jak już zostałam w butach i mundurze, gotowa do drogi, dowódca spojrzał na mnie i powiedział: "Prima aprilis!".

 

Jest 28 grudnia, dzień, w którym Kolumbijczycy robią sobie kawały.

 

Drugi raz, kiedy mówią jej, że wraca do domu, tylko machnie ręką. Uwierzy dopiero, kiedy dowódca poda jej kartkę z zapisanym rozkazem - "Libera a Laura", uwolnić Laurę. Płacze trochę z radości, a trochę z żalu, że będzie musiała ich wszystkich zostawić.

 

Trzy dni maszerują przez góry do wioski, gdzie ma zostać przekazana rodzinie. W umówione miejsce podjeżdża samochód. Laura wie, że po porwanych rzadko zgłaszają się członkowie rodziny - zbyt duże jest ryzyko, że porywacze mogliby wziąć nową ofiarę. Ale otwierają się drzwi i z samochodu wychodzi jej ojciec. - Przygarbiony, chudy, siwiuteńki. Jakby minęło 20 lat, a nie osiem miesięcy.

 

Obce słowa

 

Mieli dostać z powrotem ukochaną córeczkę, przyjeżdża guerillera. Postura jak u chłopaka, na brzuchu sześciopak, na nogach strupy i zadrapania.

 

Przy kolacji Laura mówi ojcu, że powinien rozdać ziemię chłopom.

 

Przez telefon dziennikarzom, że należy zaprowadzić socjalizm (Telefon dzwoni cały dzień, wywiad z Laurą chce mieć każda gazeta i stacja radiowa w Cali. Rodzice podsłuchują pod drzwiami i płaczą).

 

Kiedy do domu zaczynają dzwonić partyzanci (Laura zostawiła im swój telefon i adres), ojciec zmienia numer.

 

Dawne koleżanki ją nudzą. Ile można gadać o nowym modelu dżinsów? Na urodzinach i przyjęciach wybiera towarzystwo dorosłych; dzieciaki piją lemoniadę w ogrodzie, a ona w salonie rozprawia z ich rodzicami o polityce. Czasem ma wrażenie, że wypadają z niej obce słowa. Jakby jakiś inny głos siedział w głowie i dyktował, co mówić. Nikomu się z tego nie zwierza; zresztą - kto by zrozumiał?

 

Wieczorami siedzi nad książkami. Rodzice mają nadzieję, że odrobi stracony rok, wróci do szkoły, potem na studia. Ale Laura już obiecała partyzantom, że jak tylko skończy osiemnaście lat, wraca do FARC.

 

Anna

 

Kiedy ogrodnik Efraim planuje porwanie córki swoich pracodawców, 150 kilometrów na południe Anna Rojas, studentka piątego semestru prawa, podejmuje inną dramatyczną decyzję.

 

Na uniwersytecie w Popayan gotuje się od polityki. Studenci organizują wiece, zebrania, dyskusje. Anna - drobna, nieśmiała, z włosami w kucyk i dołeczkami w policzkach - nigdy się polityką nie interesowała. Na zebrania partii komunistycznej zabiera ją koleżanka, z którą dzieli pokój w akademiku.

 

Dowiaduje się na nich, że Kolumbia mogłaby być rajem na ziemi. Ma przecież ropę, węgiel kamienny i gaz ziemny, rudy żelaza, cynku, miedzi, złoto, srebro i największe na świecie złoża szmaragdów. W ciepłym, wilgotnym klimacie można uprawiać kawę, bawełnę, tytoń, trzcinę cukrową, kakaowiec, ryż, kukurydzę, ziemniaki - i to przez cały rok, bo Kolumbia nie zna zimy.

 

Jak to się dzieje, że w tak bogatym kraju połowa ludności żyje poniżej granicy ubóstwa? - pytają na wiecach, dyskusjach i zebraniach studenci. Ponieważ prawie cała ziemia należy do kilkudziesięciu rodzin. Bogate elity mają wszystko, reszta - nic.

 

Nie daje to Annie spokoju. Czyta Marksa, Engelsa, Simóna Bol~vara (był bojownikiem o niepodłegłość krajów Ameryki Łacińskiej). Zaczyna działać w partii. Na początku nic specjalnego - rozwiesza plakaty, organizuje spotkania.

 

We wrześniu zgłasza się do oddziału FARC - na miesiąc, góra dwa, tak jak robi wielu znajomych z uczelni (trzeba sprawdzić się w terenie, przekonują). Dostaje mundur, buty za duże o jeden numer i nowe, rewolucyjne imię: Milena. Będzie się zajmowała łącznością: redagowaniem komunikatów FARC i edukacją innych partyzantów (do plecaka wkłada kilka książek). Rodzicom nic nie mówi, w końcu jest dorosła, właśnie skończyła 19 lat. A poza tym po co ich martwić? Zanim się obejrzą, będzie z powrotem na uczelni.

 

Jeszcze nie wie, że za miesiąc jej oddział zostanie otoczony . Droga do miasta zostanie odcięta.

 

Dwa miesiące później będą uciekać przed armią rządową. W obozie, który właśnie zajęli żołnierze, zostanie plecak Anny, a w nim legitymacja z jej nazwiskiem. Jest przekonana, że jeśli wróci, trafi do więzienia.

 

Zostanie w dżungli dziesięć lat.

 

Utopia

 

Kiedy Anna idzie do lasu, guerilla ma pod bronią blisko 20 tysięcy osób i kontroluje ponad połowę terytorium Kolumbii. To partyzanckie państwo w państwie: na swoich terenach FARC pobiera podatki, organizuje szkoły, przychodnie, rozsądza spory.

 

Trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od grupy zbuntowanych chłopów, którzy w latach 60. zajęli w górach kawałek ziemi. Marquetalia - jak nazwali swoją komunę - miała 800 kilometrów kwadratowych (tyle, ile stolica Niemiec) i liczyła tysiąc mieszkańców; broń miało z 50.

 

W maju 1964 roku rząd wysłał przeciwko Marquetalii wojsko: 16 tysięcy żołnierzy, samoloty bojowe i helikoptery. Operację wspierały Stany Zjednoczone, które obawiały się - nie bardziej niż kolumbijski rząd - że z rolniczej komuny wyrośnie nowa Kuba.

 

48 osób, którym udało się uratować, dało początek FARC. Głosili hasło: prawo do ziemi i sprawiedliwości społecznej. Kiedy partyzancka armia urosła w siłę, właściciele ziemscy i hodowcy bydła powołali do życia paramilitarne oddziały samoobrony. Walki między FARC, paramilitarnymi i armią rządową przerodziły się w regularną wojnę.

 

To najdłuższa wojna domowa na świecie. Przez ponad pół wieku zginęło w niej 350 tysięcy osób, głównie cywilów (to jakby z mapy zniknęła cała Bydgoszcz). Ponad 30 tysięcy zostało uprowadzonych, a drugie tyle zaginęło bez wieści. Blisko 5 milionów straciło dach nad głową (to tak, jakby naraz wysiedlić całą Irlandię).

 

Javier

 

Javier (lat 41) wychował się wśród tych samych gór, gdzie chłopi zakładali Marquetalię.

 

Opowiada: - Pierwszy raz zobaczyłem tort, za szybą cukierni, kiedy byłem już dorosły. Nie wiedziałem, że można świętować urodziny. Zabawki? Nigdy się nie bawiliśmy. Teraz mam córkę, pięć lat: kupię jej lalkę, pohuśtam. Tak się robi, prawda?

 

Kiedy byłem w jej wieku, pracowałem u państwa Pérez. Państwo mieli farmę, na której uprawiali kawę, kukurydzę i fasolę; trzymali też świnie, krowy i kury. Urodziłem się na tej farmie jako ostatni z siedemnaściorga rodzeństwa, w szopie na ziarno. Tam spaliśmy: mama na łóżku, my po trzech-czterech na klepisku.

 

Ojca nie pamiętam, wpadł pod samochód, kiedy miałem cztery lata.

 

Wstawałem o czwartej, ze słońcem, i prowadziłem krowy państwa Pérez na pastwisko. O szóstej wychodziłem do szkoły - półtorej godziny w jedną stronę. Mama bardzo chciała, żeby choć jedno z nas poszło się uczyć. Może myślała, że będę miał potem lepsze życie? Jakie dokładnie, nie wiem, bo rozmawiać nie było czasu: po szkole od razu goniła mnie do pracy, trzeba było świniom podścielić, krowy zagnać do obory, kukurydzę wymłócić na placki, aż zaszło słońce i kładliśmy się spać.

 

Jadło się to, co dali państwo Pérez: fasolę, kukurydzę. Raz w roku, na Boże Narodzenie, zabijaliśmy kurczaka. Prezentów nie było. Pieniędzy starczało na tyle, żeby każdemu z nas co roku kupić nową koszulę.

 

Pewnego dnia do naszej szkoły przyszli partyzanci z FARC. Pokazali nam, jak się ładuje i rozładowuje karabin. Kto chciał, mógł go potrzymać. Obiecali, że każdy, kto pójdzie z nimi, dostanie taki na własność, a do tego prawdziwe buty, nowe ubranie i jedzenia tyle, ile damy radę zjeść.

 

Następnego dnia wstałem jak zwykle ze słońcem. Wyprowadziłem krowy, nakarmiłem świnie, posypałem kurom. A potem spakowałem zeszyt jak do szkoły i poszedłem do partyzantów.

 

- Ile miałeś lat, Javier?

 

- 14.

 

 

Pigułka

 

Anna chciałaby rozmawiać o tym, jak urządzić nową Kolumbię, ale nie ma z kim. Książki? Połowa oddziału nie umie czytać. Na jej zajęciach ktoś dłubie w zębach, ktoś ziewa. Jak trzeba kogoś ukarać, dowódca daje do wyboru: kopanie rowu na 20 metrów albo godzinę lektur (większość wybiera kopanie rowu).

 

Patrzą na nią krzywo, że studentka, że z dobrego domu. Miała lepiej, wiadomo, ale niech nie myśli, że tu jej będzie łatwiej.

 

Uczy się zasad nowego życia. Po pierwsze, żadnej dyskusji: dowódca ma zawsze rację, i nie obchodzi go, co myśli Anna.

 

Po drugie, nikomu nie ufać. Człowiek powie jakieś nieostrożne słowo, na przykład, że mu ciężko - doniosą, że rozważa ucieczkę. Usiądzie pod drzewem, zamyśli się - podejrzany, bo o czym tak myśli, skoro wszystko jest jasne. - Co wieczór mieliśmy godzinę szczerości, gdzie omawialiśmy wydarzenia z całego dnia. Głównie były to donosy i wzajemne oskarżenia.

 

Ktoś doniósł na Annę, że zadzwoniła do domu. Dostaje karę - porąbać na 50 równych kawałków drzewo powalone w dżungli. Nie dochodzi nawet do połowy, a dłonie ma całe w pęcherzach.

 

Po trzecie, na nikogo nie liczyć.

 

Mija piąty rok, kiedy Anna orientuje się, że jest w ciąży. Nie może patrzeć na jedzenie (codziennie fasola albo ryż), wymiotuje, ledwo nadąża za swoim oddziałem. Akurat muszą uciekać, bo w okolicy roi się od wojska, i maszerują 15-16 godzin dziennie. Ktoś mógłby wziąć od niej plecak z komputerem, ale po co? Guerillera nie może mieć dzieci, chyba że jest żoną dowódcy.

 

Na wieść o ciąży chłopak mówi jej, że między nimi koniec. Wkrótce potem przejdzie do innego oddziału. Zobaczą się jeszcze raz, może dwa razy.

 

Wieczorem przychodzi pielęgniarka. - Weź to - podaje Annie dwie małe tabletki.

 

- Odmówić? Żadnej z nas by to nie przyszło do głowy. To był rozkaz, z rozkazami się nie dyskutuje.

 

Misoproston wywołuje skurcze macicy. Wchodzi w skład pigułki poronnej, ale nie powinno się go stosować powyżej drugiego miesiąca. Anna jest w piątym (dokładnie nie wie, bo nikt jej nie zbadał).

 

Ból jest taki, jakby ktoś obcęgami ściskał jej podbrzusze. Przez całą noc woła o tabletkę przeciwbólową, o kubek wody, o to, żeby ktoś przyszedł i ją zastrzelił (skoro ma umrzeć, niech to się stanie szybciej).

 

Na sąsiednim posłaniu - cisza. W namiotach obok - tak samo.

 

Rano przychodzi pielęgniarka. Po jej minie widać, że coś poszło nie tak. Każe Annie rozłożyć nogi, bierze szczypce i powoli wyszarpuje to, co zostało.

 

Tego dnia Anna uczy się kolejnej zasady: nie czuć.

 

Od tej pory myśli już tylko o tym, żeby uciec. Ale jak? Z FARC wychodzi się albo martwym, albo wcale.

 

Apel

 

Po kilku miesiącach Javier (lat czternaście i pół) mówi dowódcy, że chce wracać do domu. Bracia się pożenili, poszli do pracy na innych farmach, niewielu zostało mamie do pomocy. - Za dużo o nas wiesz - słyszy.

 

Mają dla niego inny plan: za trzy lata skończy 17 lat, a to wiek, kiedy w Kolumbii biorą do wojska. Wyszkolą go tam, to się potem przyda w walce. - Jeśli nas zdradzisz, zabijemy twoją matkę. I braci twoich zabijemy, i siostry - uprzedza dowódca i na wszelki wypadek wymienia wszystkich z imienia: Andreę, Jorge, Manuela, Daniela i tak dalej.

 

Ale Javiera nie trzeba straszyć. Wcześniej z oddziału uciekł jego bratanek Jes s. - Nic mi nie powiedział. Po prostu obudziłem się, a jego już nie było. Po trzech dniach - apel. Zebraliśmy się na placu, przywlekli go z lasu. "Patrzcie - mówili - na tego zdrajcę i tchórza".

 

Javier patrzył, nie było wyjścia. I inni patrzyli, bez słowa, jak dowódca wyciąga pistolet i strzela Jes sowi w tył głowy.

 

- Ile miał lat?

 

- 13.

 

Światło

 

W Bogocie, w dzielnicy, która nie jest ani bogata, ani biedna, w bocznej ulicy, która niczym się nie wyróżnia od dziesiątek okolicznych ulic, stoi dom bez żadnych znaków szczególnych. Nie ma na nim tabliczki (na wszelki wypadek), a wejścia pilnuje ochroniarz.

 

To centrum reintegracji, gdzie po pomoc przychodzą desmovilizados, zdemobilizowani. Tak mówi się na członków FARC i innych zbrojnych grup, którzy zdecydowali się złożyć broń.

 

Niektórzy mówią, że to jedyny sposób, żeby zakończyć tę wojnę - przekonać walczących, żeby wrócili do domów. To przesłanie trafia do dżungli w ulotkach zrzucanych z samolotów, miga na billboardach w czasie meczów (Kolumbijczycy kochają futbol), wisi na słupach w czasie wiejskich festynów.

 

Dwa lata temu wojsko przeprowadziło operację "Boże Narodzenie": do regionów, gdzie przebywa najwięcej partyzantów FARC, wysłano śmigłowce z dwoma kontyngentami żołnierzy. Mieli jedno zadanie: znaleźć najwyższe drzewo w okolicy i udekorować je lampkami choinkowymi.

 

Kiedy ktoś przechodził koło drzewa, czujnik ruchu uruchamiał światełka.

 

- Święta to czas, kiedy partyzanci najbardziej tęsknią za rodziną - tłumaczyli swój pomysł specjaliści z agencji reklamowej (za "Boże Narodzenie" dostali nagrodę na festiwalu reklamy w Cannes).

 

W czasie tamtych świąt poddało się 331 osób. Przez ostatnie dziesięć lat - 55 308. Co się z nimi dzieje?

 

Dora, brunetka o łagodnym uśmiechu i włosach zaplecionych w gruby warkocz, zaprasza do małego pokoju na tyłach budynku. Jest psycholożką, chociaż woli mówić o sobie "reintegratorka". Ma 80 podopiecznych, których uczy nowego życia. Dwoje znamy - to Javier i Anna.

 

Państwo daje im zasiłek (niewielki - tyle, żeby starczyło na przeżycie), pomaga wrócić do szkoły (90 proc. zdemobilizowanych nie umie czytać ani pisać), zdobyć zawód i pracę. Są też wymagania: mają skończyć przynajmniej podstawówkę, zaliczyć 90 godzin pracy społecznej. Reintegracja trwa od czterech do siedmiu lat. Kto spełni wszystkie warunki, dostaje dyplom. To uroczysty moment: jest ciasto, szampan, przychodzi rodzina (jeśli jest), przyjaciele.

 

Ale na początku jest strach i niepewność. - Partyzanci najbardziej boją się, że zostaną wytropieni - mówi Dora. - Przez pierwsze miesiące często zmieniają mieszkania, a nawet miasta, żeby nie dosięgła ich zemsta dawnych towarzyszy.

 

Czasami niebezpieczeństwo jest tylko w głowie. Człowiek idzie ulicą i kątem oka widzi samochód, który przyspiesza (na pewno po mnie! - myśli). W autobusie ktoś za długo mu się przygląda (musi być z FARC!), przed domem parkuje nieznajoma furgonetka (odkryli, gdzie mieszkam!), taksówkarz jakoś długo kluczy między blokami (podstawiony!).

 

Dora ma na to nazwy: stres pourazowy, psychoza, nerwica lękowa.

 

Ci, którzy jakoś się z tego pierwszego strachu otrząsną, wyleczą albo nauczą z nim żyć, boją się zdemaskowania. Sąsiedzi, szef, koledzy z pracy - nikt nie może się dowiedzieć, że byli członkami guerilli. Taka informacja oznacza społeczną śmierć; nikt nie będzie chciał się przyjaźnić, pracować ani nawet wymieniać pozdrowień z człowiekiem, który zabijał, porywał i gwałcił.

 

Wystarczy wyjść na ulicę, popytać. - Przeklęci terroryści, niech gniją w więzieniach - rzuca sprzedawca kramu z owocami, kiedy tylko wymawiam słowo FARC.

 

- Zatrudnić byłego partyzanta? - pan z teczką, właściciel firmy budowlanej, waży słowa. - Proszę posłuchać: pracuję z ludźmi, nie ze zwierzętami.

 

- Rozumiem, że pojednanie jest konieczne - zaczyna znajoma z organizacji pozarządowej. - Rozumiem, że tak było w Bośni, w Rwandzie, tak musi być w Kolumbii. Ale nasza wojna trwa całe moje życie. I całe życie mojej mamy. W tej wojnie zginął mój ojciec, zginęło wiele osób. Codziennie rano budzę się i wierzę w pokój. Ale wieczorem idę do knajpy i nie chcę się zastanawiać, czy zabójca przypadkiem nie nalewa mi piwa.

 

To, zdaniem Dory, jest największy problem reintegracji: Kolumbijczycy chcą, żeby wojna się skończyła, ale nie chcą wśród siebie tych, którzy w niej walczyli. A jest ich kilkadziesiąt tysięcy. W listopadzie zeszłego roku rząd rozpoczął rozmowy pokojowe z FARC. Jeśli zakończą się porozumieniem, dołączą do nich kolejni.

 

Co z nimi zrobić?

 

Telefon

 

- Dla każdego mam inne kłamstwo - mówi Anna.

 

Ma na sobie fioletową sukienkę przed kolano, delikatny makijaż, w skórzanym plecaku - książki. Wróciła na prawo - znowu jest na piątym roku.

 

- Jednym mówię, że zaczęłam studiować tak późno, bo wcześniej pracowałam. Innym - że pochodzę z małego miasteczka, gdzie nie było uczelni. Jeszcze innym - że mam za sobą trudne małżeństwo i rozwód, o którym wolałabym nie opowiadać.

 

Przy zdaniu o rozwodzie nawet się uśmiecha.

 

W ucieczce pomógł jej przypadek. Dowódcy wysłali ją i dwóch chłopaków do wioski odległej o dwa dni marszu. Dali telefon, żeby mogła meldować o tym, gdzie są. Kiedy nikt nie patrzył, wybrała numer koleżanki, która niedawno uciekła z oddziału. Chciała tylko zapytać, gdzie jest, czy nic jej nie grozi.

 

Mężczyzna, który odebrał, był żołnierzem armii rządowej. Rozłączyła się, oddzwonił. - Milena? Wiem, kim jesteś.

 

Powiedział, żeby się poddała. Że nic jej nie grozi, że jest program, którzy pomaga takim jak ona wrócić do życia w cywilu. Że jeśli tylko uda jej się dotrzeć do wioski (podał nazwę), dziewięć godzin drogi od miejsca, w którym teraz jest, będzie na nią czekał samochód.

 

Anna nie uwierzyła żołnierzowi od razu. Zadzwoniła do brata: - Czy to prawda, że takich jak ona nie wsadzają do więzień?

 

- Prawda - powiedział. - Wracaj.

 

Szła długo, całą noc. W bazie wojskowej pościelono dla niej w osobnym pokoju. Z pierwszej nocy na wolności zapamiętała białe wykrochmalone prześcieradło i wentylator na suficie, który mielił bezsenne godziny. I strach - była przecież w obozie wroga.

 

Pytania, których się nie zadaje

 

Javier uciekł przez dziewczynę. Miała 17 lat, on - 35. Widywali się na przepustkach, kiedy przychodził do jej wsi. "Co to za życie - mówiła. - Młodość zmarnowałeś, to choć resztę życia ratuj". Marzył jej się ślub, dziecko. Umówili się: będzie okazja, ucieknie. Krótko po tej rozmowie wyszedł z obozu odebrać zakładników i nigdy nie dotarł na miejsce.

 

Wyjechali do Bogoty, tu łatwiej się ukryć. Tu jest Dora, której Javier opowiada po kawałku swoje życie w dżungli. 19 lat, dużo opowiadania.

 

Nie można tylko Javiera pytać, czy zabijał. Ci, którzy zabijali, muszą odpowiadać przed sądem, nie obejmuje ich program reintegracji. Dlatego do ośrodka najczęściej trafiają tacy, którzy byli kucharzami, łącznikami, zaopatrzeniowcami, informatorami, mechanikami, wywiadowcami, edukatorami politycznymi - albo tak mówią.

 

Javier był dowódcą oddziału (po powrocie z rządowego wojska szybko awansował).

 

- Być może niektórzy z naszych podopiecznych kłamią. Być może mają na sumieniu coś, czego nie udało się wychwycić podczas przesłuchania - mówią mi pracownicy ośrodka w Bogocie. - Ale to cena procesu pokojowego. Kolumbia musi ją zapłacić.

 

Jak to wytłumaczyć Kolumbijczykom?

 

90 proc. z nich jest przeciwko FARC. Nikt już nie pamięta, o co walczyli. Pamięta się ich zbrodnie: porwania, wymuszanie haraczy, wcielanie do armii dzieci, egzekucje zakładników. Obwinia o wojnę, która nie chce się skończyć. W jej najgorszym momencie, w latach 1996-2002, Kolumbia trafiła na listę najbardziej niebezpiecznych państw na świecie. Co osiem godzin ktoś znikał uprowadzony, każdego dnia od miny ginęła przynajmniej jedna osoba. I chociaż najnowszy raport pokazuje, że najwięcej zabójstw mają na koncie paramilitarni - prawicowe bojówki - to partyzanci FARC stali się synonimem przemocy.

 

A teraz i jednym, i drugim trzeba podać rękę, obsłużyć w sklepie, na klatce schodowej powiedzieć "dzień dobry".

 

Alejandro Ederowi (politolog, 38 lat) łatwiej jest do tego namawiać, bo sam jest ofiarą tej wojny. W 1965 roku partyzanci uprowadzili i zamordowali jego dziadka. Kiedy urodził się Alejandro, rodzice uznali, że bezpieczniej będzie chłopca wysłać za granicę.

 

- Pamiętam moje pierwsze spotkanie z FARC - opowiada. - Na Uniwersytecie Columbia pisałem pracę o partyzantach. I jako młody naukowiec pojechałem się z nimi spotkać. Czekali w umówionym miejscu, zaprosili do namiotu. Poprosiłem o dziesięć minut. Tyle było mi trzeba, żeby uspokoić serce - ze strachu waliło jak oszalałe. A potem zaczęliśmy rozmawiać. Zobaczyłem, że oni kochają piłkę nożną i mają swoje ulubione drużyny. Że bogotańczycy opowiadają kawały o tych z Medellin, a ci z Medellin - o tych z wybrzeża. Że są - jakby to powiedzieć - Kolumbijczykami, jak ja.

 

Eder wrócił do kraju, dziś stoi na czele Kolumbijskiej Agencji Reintegracji.

 

Miasto

 

W Bogocie łatwiej się ukryć, ale trudniej żyć, mówi Javier.

 

Pierwszy raz zobaczył miasto, kiedy miał 15 lat. Wysłali go do apteki po lekarstwo dla komendanta. Drugi raz - kiedy był w wojsku (tym rządowym). Ale to były miasta małe, miasteczka w zasadzie, i nigdy nie musiał w nich mieszkać.

 

Przez prawie 20 lat domem Javiera były góry i lasy. Potrafi rozpalić ognisko, zbudować szałas, rozpoznać po gwiazdach strony świata. W mieście to wszystko jest nieprzydatne. Miasto przeraża. Jak przejść na drugą stronę ulicy? Wybrać pieniądze z bankomatu? Jak dostać się z przedmieść do centrum? Jak się przywitać z sąsiadem, zamówić pizzę, ustawić w kolejce?

 

Tego wszystkiego Javier uczy się z Dorą.

 

Inna trudność: jak przeżyć dzień, którego nikt nie zaplanował za nas co do minuty? Przez pierwsze lata Anna budzi się w nocy co dwie godziny, jak na wartę. Pierwsza myśl rano - co teraz? Można wstać z łóżka, można poleżeć dłużej. Można wziąć prysznic, stać pod wodą dwie minuty, pięć. A 15? W lesie, jeśli ktoś mył się dłużej niż trzy, dostawał karę. Teraz tylko skóra się marszczy na opuszkach palców od wilgoci.

 

To wszystko jest i piękne, i straszne, mówi Anna. Bo w partyzantce na wszystko był rozkaz. A tutaj samemu trzeba decydować: co robić, kim być.

 

Laura

 

Program reintegracji ma już dziesięć lat. Z tej okazji - wydarzenie. W sali konferencyjnej w centrum Bogoty tłok: przybyli przedstawiciele rządu, biznesu, organizacji pozarządowych, Unii Europejskiej i USA. Przyszli byli partyzanci, paramilitarni, członkowie innych grup zbrojnych. Łatwo ich poznać: mają twarze pociemniałe od słońca, noszą swetry (mężczyźni) i niemodne garsonki (kobiety). I Anna przyszła (na chwilę, bo musi biec na zajęcia). I Javier miał być, ale zatrzymała go praca (ma małą firmę budowlaną).

 

Siedzą razem, ale jakby osobno: VIP-y po lewej, zdemobilizowani po prawej. Słuchają, jak przemawia Alejandro Eder, jak swoje świadectwa dają byli bojownicy.

 

Kilka osób stoi w drzwiach, stąd też dobrze słychać. Jest wśród nich dziewczyna - długie włosy, dopasowana spódnica, szpilki, apaszka.

 

- Laura Vlloa - przedstawia się.

 

Od tamtych wydarzeń, mówi, minęło dużo czasu. Skończyła studia (nauki polityczne), wyjechała do Nowego Jorku na staż do ONZ. Niedawno dostała pracę: w Agencji Reintegracji zajmuje się kwestiami bezpieczeństwa.

 

Czasem myśli: a może spotkam któregoś z tamtych?

 

Wszystkich ich z imienia pamięta.

 

Imiona byłych partyzantów zostały zmienione na ich prośbę.

 

Katarzyna Brejwo - Tekst ukazał się w "Dużym Formacie" 11.09.2013

 

EN

PL