Rekolektyw.pl logo.png

Agnieszka Wójcińska

 

Rodzina bardziej święta

 

Monika: – Mogę się wyspowiadać z wielu grzechów, ale nie z in vitro, bo go nie żałuję i żałować nie będę. Gdyby nie ono, nie byłoby Łucji. Nasza rodzina prawdopodobnie rozpadłaby się, bo psychicznie już bardzo źle znosiliśmy próby naturalnego zajścia w ciążę. Żal, że to zrobiłam, oznaczałby, że zdradzam moje dziecko. A ono jest dla mnie dobrem najwyższym, ważniejszym niż to, co sądzi o mnie Kościół.

 

Iwona: – Pamiętam, jak przed samym zabiegiem poszłam do spowiedzi do dominikanów, bo ich podejście najbardziej do mnie przemawiało i nie dostałam rozgrzeszenia. Byłam zbulwersowana. Ksiądz w konfesjonale mówił jakieś bzdury, wcale mnie nie rozumiał. Mojego comiesięcznego bólu, niespełnionych nadziei. Porównywał posiadanie dziecka do zakupu samochodu. A dla mnie to w ogóle nie był grzech, nie zrobiłam nic złego. A nawet wprost przeciwnie: dałam początek nowemu życiu. Nigdy drugi raz nie przyznałam się w trakcie spowiedzi, że mam dzieci z in vitro, choć spowiadać się jeszcze czasami chodziłam.

 

Joanna: – Spotkało nas wielkie szczęście, bo się chłopcy urodzili. Miałabym powiedzieć, że są grzechem? Absolutnie. Chociaż, jak przyszło nieszczęście, jako osoba wierząca, katoliczka, miałam takie myśli: „A może życie za życie? Pan Bóg zabrał mi Andrzeja, bo dał mi dzieci?”.

 

Anna: – Mój tata, który jest katolikiem szalenie ortodoksyjnym, zapłacił nam za in vitro. Po rozmowie na ten temat po prostu wyjął kopertę i mi wręczył. Powiedział, że Kościół nas krzywdzi, bo coś, co owocuje powstaniem nowej miłości, nie może być złem. I dodał, że się modli, żeby Kościół zmienił nastawienie.

 

Marta: – Miałam kiedyś taką fajną rozmowę z nowym księdzem u nas w szkole. Na jakiejś imprezie zapytał mnie, czemu go nie lubię. Cisnął i cisnął, o co chodzi. W końcu mu powiedziałam: „Tomek, nie bierz tego do siebie, jestem ogólnie antykościelna, bo mam dziecko z in vitro”. On na mnie spojrzał i mówi: „I to wszystko?”.  Wierzę, że takich Tomków jest więcej, bo trafiłam na kilku takich księży. Staram się myśleć, że to, co słyszę w mediach, to nie zdanie wszystkich duchownych.

 

Czterdzieści osiem sinusoid

 

Joanna: – Pamiętam, jak mąż mnie musiał wyprowadzić z mszy. Obok mnie kobieta wzięła na ręce malutką dziewczynkę, może z roczek miała i się do mnie uśmiechała. Zaczęłam tak na głos płakać, że ją przestraszyłam. Mąż pyta: „Czemu tak płaczesz?”. „Bo czemu my nie mamy takiego?”.

 

Anna: – Od dłuższego czasu mieliśmy z mężem świadomość, że mamy problem. Natomiast wydawało mi się, że jeżeli zamkniemy oczy i przestaniemy o tym myśleć, za miesiąc on się rozwiąże w sposób samoistny i cudowny zarazem, a ja zobaczę na teście dwie kreski. To była taka sinusoida, początek cyklu, czyli moment miesiączki, żałoba i depresja, znowu się nie udało, czternaście dni później nowe nadzieje, ponieważ przychodzi owulacja, wzniesienie sinusoidy aż do pierwszego dnia kolejnego cyklu. Policzyłam, że tych sinusoid przeżyłam czterdzieści osiem. Nazwałam to potem „syndromem pustych ramion”, takich, które chcą kołysać niemowlę, a nie mogą.

 

Monika: – Moja córka nosi imiona Łucja Zofia, to drugie trochę po babci męża, a trochę po takiej Sofiji, Arabce, którą znałam w Tunezji, gdzie kiedyś mieszkałam. Nie mogła mieć dzieci, a ja, jako nastolatka, zupełnie nie rozumiałam tego bólu. Dopiero dziś wiem, jak straszliwie musiała cierpieć co miesiąc. Niemożność posiadania dziecka jest gorsza niż wszystko.

 

Nazywam się niepłodność

 

„Nazywam się Anna Krawczak. Mam dwadzieścia osiem lat i jestem w siódmym tygodniu ciąży uzyskanej drogą in vitro. – Tak zaczyna się treść wysłuchania obywatelskiego Anny w Sejmie. I dalej: – Zdaniem profesora Chazana, dyrektora Szpitala imienia Świętej Rodziny w Warszawie, za niepłodność odpowiadają wczesny wiek inicjacji seksualnej, duża liczba partnerów seksualnych i opóźnianie decyzji o ciąży. Wbrew tym twierdzeniom nigdy nie poddałam się aborcji, nie prowadziłam rozwiązłego seksualnie życia, nie zachorowałam na żadną z chorób wenerycznych, zaś antykoncepcję hormonalną stosowałam przez rok przed urodzeniem swojego ośmioletniego dziś syna. Moja niepłodność nie jest konsekwencją rozwiązłości. Nie jest, jak sugeruje Chazan, karą za grzechy. Jest pechem. Oto znalazłam się w niewłaściwym szeregu statystycznym. Obok mnie stoją trzy miliony Polaków” .

 

Dalej Anna mówiła o upokorzeniu niepłodnych, którzy muszą tłumaczyć się społeczeństwu ze swoich potrzeb rodzicielskich, i o swoich zmaganiach, by zajść w ciążę. A także o tym, jak bardzo ranią ją i obrażają słowa Kościoła dotyczące tej metody. Był 23 lutego 2009 roku. Dzień wcześniej na USG po raz pierwszy usłyszała bicie serca swojego dziecka. Kilka tygodni wcześniej nawiązała kontakt ze Stowarzyszeniem na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”. Teraz, od dwóch lat jest jego prezeską, w stowarzyszeniu działa też bardzo aktywnie jej mąż Darek.

 

Siedzimy przy stole w salonie połączonym z kuchnią w ich domu w Wilanowie. Jemy szarlotkę, którą upiekła. Naprzeciw nas Kuba, trzynastoletni syn Anny z pierwszego małżeństwa, odrabia lekcje. Czteroletni Franek, płowy blondynek, wierci się na kolanach taty. Meble drewniane, rustykalne elementy, żółtopomarańczowe ściany, ciepły klimat. Na szerokiej framudze drzwi nad opisanymi datami kreskami oznaczającymi kolejne pomiary wzrostu chłopców kilka obrazków ze świętymi i krzyżyk. Prezenty od taty Ani.

 

– Po jakichś dwóch latach bezskutecznych starań o dziecko przyszliśmy do lekarza z wynikami badań dotyczących płodności i pamiętam, że pierwszą rzeczą, którą powiedziałam, było to, że nie zgadzamy się na in vitro – opowiada Anna. – Dostaliśmy zalecenie inseminacji, a ja nie byłam w stanie nawet o tym pomyśleć. Minął rok, a ja to uparcie negowałam i żyłam znów miesiąc po miesiącu, wierząc, że wbrew medycynie i tej diagnozie uda nam się zajść w ciążę. Po roku wróciłam do kliniki na tarczy i wykonaliśmy trzy inseminacje. Przy trzeciej wysiadłam psychicznie. Powiedziałam lekarzowi, że już nie dam rady dłużej i chcę podejść do in vitro. Zdziwił się, bo od dwóch lat słyszał, że tego nie chcemy. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że powiedziałam o tym w czasie pierwszej wizyty. W ciągu tych dwóch lat bardzo wiele się wydarzyło.

 

In vitro w faktach

 

– WHO określa niepłodność jako chorobę, ponieważ narusza ona dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny.

– Według statystyk European Society of Human Reproduction and Embriology na świecie żyje około pięciu milionów ludzi urodzonych dzięki in vitro, z czego około dwudziestu procent w wyniku kriotransferu (z zamrożonych zarodków).

– Louise Brown, pierwsze dziecko z in vitro na świecie, urodziła się w Wielkiej Brytanii w 1978 roku, sześć lat później w Australii przyszła na świat Zoe Leyland, pierwsze dziecko z rozmrożonego zarodka, a za kolejne trzy lata Magda, pierwsze w Polsce dziecko urodzone dzięki tej metodzie, które do 2012 roku pozostało anonimowe.

– Badania naukowe nie potwierdzają większej częstości występowania wad wrodzonych i rozwojowych u dzieci z in vitro .

– Zdecydowana większość krajów europejskich refunduje częściowo lub w całości co najmniej trzy zabiegi in vitro.

– W Polsce około dwudziestu procent par nie może zajść w ciążę po roku starań, a około dziesięciu procent – po dwóch latach. W wyniku in vitro poczyna się u nas półtora procent dzieci.

– Z sondażu CBOS w 2012 roku wynika, że siedemdziesiąt osiem procent dorosłych Polaków jest za możliwością korzystania z in vitro przez niepłodne małżeństwa. Przeciwko jest szesnaście procent.

 

Głosem Kościoła, 1

 

„Rada do spraw Rodziny pragnie przypomnieć nauczanie Stolicy Apostolskiej, a zwłaszcza Ojca Świętego Jana Pawła II, dotyczące kwestii [in vitro]. […] Po pierwsze – przy każdej próbie w tej metodzie giną liczne embriony, jest to rodzaj wyrafinowanej aborcji. Po drugie – każde dziecko ma prawo zrodzić się z miłosnego aktu małżeńskiego jego rodziców. I po trzecie – dziecko nie jest rzeczą i nawet przyszli rodzice nie mogą powiedzieć, że mają do niego prawo, zwłaszcza że to »prawo« jest zawsze okupione śmiercią jego braci i sióstr” .

 

Piętnaście lat czekania

 

– Później, kiedy to wszystko sobie poukładałam w głowie, dziękowałam Bogu, że się zdecydowałam na in vitro. Bo Andrzej umarłby niespełniony. Czekał na dzieci piętnaście lat, bardzo tego pragnął. Przez dziesięć walczył o życie Joli, swojej pierwszej żony. Miesiąc po ślubie okazało się, że Jola ma ziarnicę. Miała strasznie wyjałowiony organizm, chcieli mieć dzieci, ale niestety. Potem dwa lata, zanim byliśmy razem, i jeszcze trzy lata naszych starań. Był tak szczęśliwy, dumny, kiedy się chłopcy urodzili. Drukował ich zdjęcia i w Senacie rozwieszał w różnych pokojach na tablicach ogłoszeń: zobaczcie, to moi synowie.

 

Joanna Mazurkiewicz-Kulka mieszka na strzeżonym osiedlu, w wynajętym mieszkaniu, które własnoręcznie odnowiła. Pokój chłopców, siedmiolatków Konrada i Wiktora oraz trzyipółletniego Arka, wymalowała na zielono, na ścianach i suficie przykleiła fosforyzujące figurki dinozaurów i gwiazdki, które świecą po zgaszeniu światła. Sama wychowuje synów, ojciec Arka i jej drugi mąż odszedł od rodziny. W salonie i zarazem sypialni Joanny nad drzwiami wisi obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, na regale z książkami stoi statuetka marszałka Piłsudskiego. Nad nim szable i orzeł, a na przeciwległej ścianie marszałek na kasztance – obraz namalowany przez znajomego męża Joanny. Dziadkowie Andrzeja Mazurkiewicza walczyli w legionach.

 

– Pan profesor Dębski, któremu zawdzięczamy synów, powiedział po badaniach, że możemy próbować, ale on nie ręczy za skutek, bo nasienie jest bardzo słabe. Mój mąż nie dbał o siebie: stres, brak snu, dużo kawy i red bulli, papierosy i ogromne poświęcenie polityce. Szukaliśmy rozwiązania. Zastanawialiśmy się, czy nie adoptować dziecka, ale mąż nie miał przekonania. I pan profesor powiedział, że jest świetna metoda, in vitro. Oczywiście tylko pewien procent kobiet zachodzi po tym w ciążę, chyba dwadzieścia–dwadzieścia pięć procent. Trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia. Tak naprawdę nie do końca wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądało. Bo fajnie, będzie zapłodnienie, dwa zarodki. A reszta? Mnie to trochę nie przekonywało, zamrożone zarodki, instynktownie czułam, że coś jest nie tak. Ale dziecko, żeby mieć dziecko, zrobilibyśmy wiele. Wysłałam męża do jego przyjaciela salezjanina i on powiedział: „Jak Pan Bóg nie będzie chciał, to wy będziecie w tej większości, której się nie udaje, jak będzie chciał, znajdziecie się w wśród tych, którzy zachodzą w ciążę”. To mnie przekonało. Zdecydowaliśmy się. Dwa zarodki zostały włożone i od razu dwa się przyjęły.

 

Głosem Kościoła, 2

 

„W tej metodzie dziecko nie jest traktowane jako dar, ale jako towar: zamawiany i to za ciężkie pieniądze. […] Dziecko powinno być wynikiem poczęcia, a nie produktem, który się zamawia. Jak płacę, to wymagam – to hasło można odnieść do usługi czy produktu. A dziecko przecież nie może być produktem. Dziecko ma przyjść na świat do rodziców, którzy z miłością na nie czekają, a nie zamawiają jak pizzę na telefon. Czy może być szczęśliwe dziecko wychowywane przez rodziców, którzy mają takie myślenie: jak mam forsę, to będę miał wszystko: najnowsze bmw, a jak będę chciał, to zamówię sobie dziecko” .

 

Zadaniowo

 

Na lodówce kalendarz „Naszego Bociana”. Wciąż odwrócony na stronę tytułową 2013. Julka to ta w lewym górnym rogu, w kraciastej sukience, bosa, uśmiechnięta, fotograf uchwycił ją w tanecznej pozie. Ma cztery lata.

 

– Julka to dziewczyna z in vitro – mówi Marta Górna. – No i fajnie. Cieszymy się, że jest. Mieliśmy dużo szczęścia, bo po pół roku takich zwyczajnych starań poszłam do lekarza, który poprosił, żebyśmy zrobili podstawowe badania. Już pierwsze badanie Kuby nie pozostawiało złudzeń, że tylko in vitro może nam pomóc, inaczej się nie uda mieć dziecka.

 

Marta uczy geografii w technikum i zawodówce, ale obecnie jest w domu na zwolnieniu. Czeka na wynik kolejnego in vitro przeprowadzonego w ramach rządowego refundowanego programu leczenia niepłodności. Siedzimy w kuchni jej mieszkania w starej kamienicy w Mysłowicach. Dom jest niewielki i w całości zamieszkany przez rodzinę Kuby, męża Marty. Przed nim zadbany ogródek. Przez kuchenne okno wpada jesienne słońce. Pod nogami kręci się sędziwa labradorka. Julka jest w przedszkolu, a Kuba, który prowadzi własną firmę w branży motoryzacyjnej, w pracy.

 

– Jesteśmy z Kubą razem bardzo długo. Ślub ciągle odkładaliśmy, już wiedzieliśmy, że będzie in vitro, jak go braliśmy. Kuba miał taki moment, że zastanawiał się, czy na pewno powinniśmy, czy jest dobrym materiałem na męża. Zawsze mówiliśmy, że chcemy mieć dzieci, on zawsze wiedział, że ja chcę je mieć, najlepiej dużo. A tu nagle się okazało, że może mi ich w ogóle nie da. I czy ja w związku z tym będę szczęśliwa? No będę, bo chcę mieć je z tobą, nie z kim innym. A potem już było dobrze. Zadaniowo. To był dla nas bardzo poważny wydatek. Na ślubie mieliśmy prośbę do gości, żeby nie kupowali prezentów, tylko podarowali pieniądze. Z małą dopłatką z tego, co mieliśmy odłożone, udało się pierwszy zabieg sfinansować. Niestety ciąża szybko przestała się rozwijać. Drugi transfer był zrzutkowy, pomogli nam bardzo moi dziadkowie, mój ojciec chrzestny, rodzice, kto ile miał, przynosił. Trochę brakło i to dobraliśmy w banku.

 

Głosem Kościoła, 3

 

„Rodzice będą wybierać płeć, kolor oczu, włosów, wzrost, geny geniusza lub zbrodniarza. Będą jak twórcy Frankensteina. Czymże jest literackie wyobrażenie Frankensteina, czyli istoty powołanej do życia wbrew naturze, jak nie pierwowzorem in vitro? To makabryczna perspektywa, ale ona istnieje”.

 

biskup Tadeusz Pieronek

 

Ręka Boga

 

– To moje dziecko. – Monika Popławska-Adamczyk wskazuje na zdjęcie blondyneczki z dwoma kucykami, które stoi na regale. – Jak pani widzi, nie ma żadnej bruzdy na czole.

 

Historia Moniki jest taka. Późne małżeństwo (tak mówi), poznali się, gdy ona, doktor biologii na UW, miała trzydzieści lat, on, informatyk – trzydzieści dwa, brak pośpiechu w staraniu się o dziecko, pierwsza ciąża pozamaciczna, poronienie i pęknięcie jajowodu, operacja usunięcia go. Po pewnym czasie znowu zaczęli się starać o dziecko, a Monika wróciła nawet do kalendarzyka małżeńskiego, który kiedyś dostała w kościele. I nic. To jej mama namówiła ich, by zrobili badania. Diagnoza: niepłodność wtórna – jajowód, który jej pozostał, jest niedrożny. Jako jedyną szansę na posiadanie dziecka lekarz wskazał in vitro.

 

Monika: – Myślałam o adopcji. Robert, mój mąż, namówił mnie, żebyśmy najpierw raz spróbowali in vitro. Bałam się, bo ja się boję igły, skalpela, krwi. Ale podeszliśmy, transferowano dwa zarodki. Zaczął się najgorszy etap. Czekanie na wynik. Wzięłam urlop, leżałam w łóżku, płakałam i modliłam się, modliłam i płakałam, i tak w kółko. Wtedy wyszła Pasja Gibsona. Jest tam o Marii, która musi patrzeć na śmierć syna. I ja jej trochę zazdrościłam, bo ona miała dziecko, a ja nie. Modliłam się, żeby mi pomogła. W klinice każą poczekać dwanaście czy czternaście dni, zanim się zrobi test. Nie wytrzymałam i po dziewięciu dniach poszłam z mamą, która pracowała jako analityk medyczny, do jej laboratorium. Test beta hcg wyszedł w granicy błędu. Ale ja już wiedziałam. W Wigilię 2004 roku miałam pierwsze USG. Lekarz pokazał mi malutki pikselek na ekranie i powiedział, że to moje dziecko. O tym, że będzie dziewczynka, dowiedzieliśmy się w dniu wyboru papieża Benedykta XVI. Dla mnie to była ręka Boga, że się udało, bo jestem osobą wierzącą.  Miałam wrażenie, że wygrałam z naturą, nie z Nim.

 

Głosem Kościoła, 4

 

„Eugenika etymologicznie znaczy »dobre urodzenie«. […]. Myślenie eugeniczne jest wpisane w in vitro. Medycyna dąży tu do tego, by »produkt« technologii in vitro był jak najlepszy. Dlatego musi wszczepić najdoskonalsze zarodki, a eliminować, w wyniku tak zwanej diagnostyki preimplantacyjnej, chore, niepełnosprawne. A to jest już eksterminacja człowieka”.

 

ksiądz doktor habilitowany Antoni Bartoszek, teolog moralista

 

Schizofrenia

 

Anna: – Mój mąż pochodzi z umiarkowanie religijnej rodziny. Typowo polskiej. Teściowie, którzy zresztą mieszkają w małej wsi, zawsze stali za nami murem. Ale znam też rodzinę, w której ojciec jest gorącym zwolennikiem Radia Maryja, oddaje na nie sporą część renty, a kiedy okazało się, że syn ma problem z poczęciem dziecka, wziął kredyt i sfinansował mu in vitro. Myślę, że kluczem jest tu świętość rodziny. Ta oczywistość niedzielnego rosołu, z którą żaden ksiądz i żadna homilia nie wygrają.

 

– W rodzinie wszyscy wiedzą od początku i nas wspierają. – Marta zasłania żaluzję, żeby nie raziło nas słońce. – Moi rodzice i dziadkowie chodzą do kościoła, babcia się modli gorliwie za te nasze in vitra. Rozdzielają kościelny przekaz od swojej wiary. Ja też go rozdzielam, inaczej trudno by mi było zaakceptować, że rodzice chodzą do kościoła. Oni twierdzą, że księża się mylą, bo też są tylko ludźmi. Kiedyś mówili, że przeszczepy są złe, dziś mówią, że są w porządku, teraz mówią, że in vitro jest złe, niebawem powiedzą, że jest dobre. Są o tym święcie przekonani, a ja im pozwalam w to wierzyć. Sama nawet chyba w to wierzę.

 

– Po tamtej spowiedzi byłam załamana, zrozpaczona, smutna. Płakałam. Mnóstwo negatywnych uczuć. Rozmawiałam o tym z moją mamą, ona jest bardzo wierzącą osobą, do kościoła chodzi codziennie. Pocieszała mnie: „Nie przejmuj się, Kościół też czasami popełnia błędy, nikt nie jest genialny”. Bardzo chciała mieć wnuki – opowiada Iwona Krygier-Komenda.

 

Po roku starań o dziecko Iwona poszła do ginekologa. Kazał zrobić badania. Diagnoza: niepłodność idiopatyczna, bez określonej przyczyny. Trzy nieudane inseminacje. Pierwsze in vitro i począł się Michał.

 

Spotykamy się w kawiarni Wedla w Galerii Krakowskiej. Iwona na stałe mieszka z mężem, siedmioletnim Michałem i dwuletnim Kubą w Wiedniu. Przyjechała odwiedzić rodziców. Mąż pracuje w korporacji, ona przez lata też, w HR, wysoko zaszła. Po urodzeniu Michała została w domu, chciała być z nim.

 

– Wydaje mi się, że moja mama wierzyła bardzo, że drugie dziecko uda nam się począć bez pomocy medycyny. To się zdarza, że po pierwszym in vitro dochodzi do kolejnego zapłodnienia bez żadnego wsparcia – mówi. – Modliła się za to. Jak jej powiedziałam, że jestem w ciąży, zapytała, czy naturalnie. Powiedziałam, że to in vitro, nic nie mówiła. Ale przyjęła, kocha, hołubi. A znam historie, gdy dziadkowie odrzucili wnuki z in vitro, choć trudno mi to sobie wyobrazić.

 

Monika wyciąga album rodzinny. Zaczyna się od zdjęć Łucji z USG, kiedy była zarodkiem. Na kolejnych widać główkę, rączki, brzuszek, nóżki. Dalej zdjęcia po porodzie w szpitalu.

 

– Moja córcia, już nie pamiętam jej takiej malutkiej. Tu ledwo siedziała. Na basen z nią chodziłam. Tu zaczęła raczkować. Tu miała roczek. A tu spotkanie dzieci z in vitro, Pola, Bartuś, Marysia, Roksanka. Wszyscy mówili o Łucji: „Jaki ładny chłopczyk”, bo nie miała za dużo włosków. Bal karnawałowy w przedszkolu: Łucja w masce weneckiej. A tu z babcią, bardzo się kochały. Moja mama nie żyje. Była osobą wierzącą, bardzo praktykującą, taka babcia „moherowy berecik” i była totalnie za naszą córką. Uwielbiała Łucję. – Szuka nagrania z babcią z programu telewizyjnego o in vitro. Znajduje inne, prowadząca program mówi: „In vitro jest niezgodne z etyką chrześcijańską”.

 

– A wie pani, że Kościół ewangelicko-augsburski zezwala na in vitro, jeśli ma to pomóc rodzinie? Nawet rozmawialiśmy z mężem o tym, czy nie przejść tam. Ale potem pomyślałam: dlaczego mam odchodzić? Czuję się związana z Kościołem katolickim mimo wszystko, to jest moja religia i tradycja.

 

W końcu właściwe nagranie. Pani Danuta, babcia Łucji, trzyma na nim pod pachą pluszowego Prosiaczka wnuczki i mówi: „Jestem osobą bardzo wierzącą, jestem w kościele sobota, niedziela. Nie zgadzam się z tym, co mówią księża na temat in vitro. Moim zdaniem to bardzo odciąga ludzi od Kościoła”.

 

Joanna: – Nie powiedzieliśmy nikomu. Ta informacja została wykreślona z książeczek zdrowia chłopców. Jak mieli dwa–trzy miesiące, mój brat, który mieszkał pod adresem, gdzie byłam zameldowana, dowiedział się z listu z kliniki z prośbą o opłatę za przechowywanie zarodków. Nie skomentował tego, udawał, że nic się nie dzieje, ale po siostrze zobaczyłam, że też już wie. Po śmierci Andrzeja moje rodzeństwo wyraźnie mnie potępiło. I do dziś się nie odzywa. Siostra ma syna o dwa tygodnie starszego od chłopców, młodszego jej dziecka nie znam. Brat nie zaprosił mnie na ślub w zeszłym roku, jego dziecka, które urodziło się w maju, też nie poznałam. Oni nie znają mojego młodszego syna. To przykre i czasem jeszcze boli. Choć nie wiem, czy to tylko kwestia religii, czy może mama nas źle wychowała, w takiej rywalizacji wzajemnej. Teściowa dowiedziała się już po śmierci Andrzeja i po tym, jak to wyciągnęły media. Nie rozmawiałyśmy wtedy o tym, ale w tym roku w Wielkanoc zadała mi pytanie, co tak naprawdę jest złego w tym in vitro. A jest bardzo wierząca, mój mąż powtarzał żartobliwie, że najpierw jest Pan Bóg, potem jego mamcia i dopiero papież. Mówi, że jej to nie przeszkadza, bo ona ich bardzo kocha.

 

Anna: – W rodzinie zdarzyła nam się jedna negatywna reakcja: mojego brata, który jest ortodoksyjnym katolikiem. Powiedział, że nie będzie ze mną rozmawiać na temat in vitro, bo jestem w ciąży i on bierze wzgląd na ten stan, natomiast de facto jestem morderczynią. I to się nie zmieniło do dziś. Nawiasem mówiąc, uwielbia mojego syna i jest superwujkiem. Taka schizofrenia.

 

Głosem Kościoła, 5

 

„Metoda in vitro jest tylko jednym ze sposobów na dzietność. Uważam, że leczenie niepłodności jest aktem humanizującym ludzkie poczęcie, bowiem rodzice po wyleczeniu własnym aktem mogą doprowadzić do poczęcia dziecka. […] Natomiast procedura in vitro niepłodności nie leczy. Rodzice nadal pozostają niezdolni do prokreacji, nadal są niepłodni. Chcąc mieć kolejne dziecko, muszą znowu uciec się do zapłodnienia pozaustrojowego […]. [Dyskurs o in vitro] jest to cały czas dyskurs usprawiedliwiający, bo, zauważmy, nie ma w nim nic na temat drugiej strony medalu, na przykład faktu, że zapłodnienie in vitro kilkakrotnie zwiększa możliwość wad genetycznych”.

 

arcybiskup Henryk Hoser

 

Geografia poczęcia

 

– Pochodzę z bardzo ortodoksyjnej, katolickiej rodziny. Chodzenie do kościoła to był aksjomat, było codzienne odmawianie jednej dziesiątki różańca całą rodziną, zawsze nabożeństwo majowe, roraty, należałam do Legionów Maryi, jeździłam na obozy oazowe – opowiada Anna.

 

Przez dwa lata od pierwszej wizyty w klinice sprawdzała, czym jest in vitro. Czytała relacje par, teksty naukowe, publicystykę. Starała się dociec, gdzie leży główny punkt sporu z Kościołem.

 

– Toczyłam wojnę moralno-etyczną ze sobą samą, sądząc, że w tym wszystkim faktycznie chodzi o zabijanie zarodków, że to ważki problem moralny. W momencie, kiedy odkryłam instrukcje papieskie Donum vitae, Dignitas personae i Humanae vitae i dowiedziałam się, a było to dla mnie naprawdę wielkie odkrycie, że cały punkt ciężkości, który wywołuje tyle sporów i ludzkich dramatów, leży w tym, że komórka jajowa nie może się spotkać z plemnikiem poza organizmem kobiety, a poczęcie musi nastąpić w czasie aktu kopulacji, poczułam się oszukana. Więc chodzi o geografię poczęcia!

 

Donum vitae mówi: „Sztuczne zapłodnienie homologiczne w obrębie małżeństwa jest niedopuszczalne, za wyjątkiem przypadku, w którym środek techniczny nie zastępuje aktu małżeńskiego, lecz ułatwia i pomaga w osiągnięciu jego naturalnego celu”*. Przy okazji swoich internetowych poszukiwań Anna wpadła na oświadczenie Zjednoczonej Konferencji Katolickich Biskupów Amerykańskich z 1994 roku, które rozjaśnia ten fragment. Mówi o niedopuszczalności wszelkich rodzajów zapłodnienia pozaustrojowego, poza dwoma. Pierwszym jest LTOT, który polega na przeniesieniu jajeczka z jajnika do jajowodu lub macicy i umieszczeniu tam spermy, w efekcie czego może dojść do zapłodnienia. Drugim wyjątkiem jest GIFT, czyli dojajowodowy transfer gamet, który polega na pobraniu nasienia od mężczyzny i jajeczka od kobiety i, rozdzielonych bańką powietrza, umieszczeniu ich w jajowodzie, by tam doszło do zapłodnienia. W obu przypadkach używa się spermy, która nie pochodzi z zakazanej przez Kościół masturbacji, tylko z perforowanej prezerwatywy, której małżonkowie użyli w trakcie aktu małżeńskiego we własnej sypialni. Następnie nasienie w prezerwatywie jest wiezione do laboratorium, a zabieg traktuje się jako uzupełnienie aktu małżeńskiego.

 

Także Papieska Rada do Spraw Duszpasterstwa Służby Zdrowia dopuszcza inseminację nasieniem męża, jeśli zostało ono otrzymane w wyniku stosunku seksualnego między małżonkami i aprobuje te dwie metody.

 

- Odkryłam też, że już w 1987 roku kardynał Joseph Ratzinger mówił, że ponieważ Kościół nie przyjmuje odnośnie tych dwóch metod oficjalnego stanowiska, to, czy lekarz zrobi pacjentce GIFT lub LTOT, zależy od jego sumienia.  Zadałam sobie pytanie, dlaczego o tym nie wiem. Kościół bombarduje mnie za to informacjami o naprotechnologii, która jest nieskuteczna w różnych sytuacjach, gdy te dwie metody mogą pomóc. Przeraziłam się stopniem manipulacji, jakiej poddawane są rzesze ludzi. To był dla mnie moment jasności. Podeszliśmy z mężem do in vitro ze stanem absolutnej klarowności myśli i intencji.

 

Braciszkowie i siostrzyczki

 

Joanna: – Myśl o tych czterech zarodkach cały czas wracała. Ale musieliśmy poczekać rok od urodzenia dzieci, bo miałam cięcie. Na początku marca 2008 roku, rok i trzy miesiące od urodz Od jakiegoś czasu co parę miesięcy pisze do mnie kobieta enia chłopców, zdecydowaliśmy, że chcemy. Pojechaliśmy do pana profesora z moimi badaniami i on powiedział, że ten cykl jest trochę słabszy i lepiej poczekać do następnego. A 21 marca mój mąż zmarł. Tętniak aorty, który pękł. Gdy się o tym dowiedziałam, moje pierwsze słowa były: „Jak mogłeś mi to zrobić i zostawić mnie z tym problemem? Co mam zrobić? Przyjąć te zarodki? A co powiedzą na Podkarpaciu, skąd pochodziłeś: senator jeszcze w grobie nie ostygł, a ona już dziecko ma?”. Nikomu o tym nie mówiłam, nie miałam się z kim podzielić. Poszłam porozmawiać do księdza. Powiedział: „Posłuchaj, nie myśl już o tym, Pan Bóg tak zdecydował, chcieliście dziecko, ale Andrzeja zabrał. Trudno”. To do mnie jakoś przemówiło, ale wracało na każdej spowiedzi, aż wreszcie inny ksiądz mi powiedział: „Nie powtarzaj tego grzechu, to ci już zostało odpuszczone”. Potrzebowałam kilku lat, żeby to sobie jakoś ułożyć w głowie. Ale z powodu tych zarodków czuję się winna i to mi już pewnie zostanie.

 

– Zabijanie zarodków, tych braciszków i siostrzyczek, to tylko pretekst, który jest bardziej medialny, manipulacja i kłamstwo. Nikt świadomie tego podczas in vitro nie robi – mówi Monika.

 

Po stymulacji wyhodowała dwanaście jajeczek, dziewięć się zapłodniło, ale jeden z zarodków obumarł na szalce. Przyjęła wszystkie pozostałe w czterech kolejnych transferach, ale drugi raz się nie udało.

 

– My te zarodki kochamy, bo to potencjalnie nasze dzieci, czyli to, czego najbardziej pragniemy. Zarodki są mrożone, można się potem zastanawiać, co się z nimi dzieje, na pewno trzeba to potem w jakiś sposób rozwiązać. Ale na przykład zrównywanie in vitro z aborcją jest już dla mnie jest ciosem w plecy. Ja, osoba, która nie pragnęła nic innego, jak mieć dziecko, oskarżana o to, że chciałam je zabić? Robiliśmy badania prenatalne, bo miałam prawie trzydzieści pięć lat, ale powiedziałam mężowi, jak one wyjdą niedobre, to trudno, ja rodzę. W życiu bym nie zrobiła aborcji. Gdyby się okazało, że płód ma zespół Downa czy inną wadę genetyczną, toby i tak było moje dziecko i bym je urodziła.

 

Joanna: – Nigdy nie spotkałam się z księdzem, który potępiłby mnie twarzą w twarz. Ale przeraziły mnie słowa arcybiskupa Józefa Michalika, że in vitro to wyrafinowana forma aborcji. Czemu księża nie wpłyną na polityków, nie żeby zabronić in vitro, ale żeby ograniczyć liczbę zarodków i nie zamrażać ich? W Polsce jest kilkadziesiąt tysięcy zamrożonych zarodków i nie wiadomo, co z nimi robić. Ale zupełnie odebrać rodzicom, którzy chcą mieć dzieci, możliwość in vitro, które może być dla nich jedyną szansą?

 

Głosem Kościoła, 6

 

„[…] są takie zespoły wad genetycznych, które wielokrotnie częściej występują u dzieci z in vitro niż u tych poczętych w sposób naturalny, zwłaszcza cztery takie zespoły: Pradera-Williego, Angelmana, Silvera-Russella oraz [Beckwitha-]Wiedemanna. Dziecko z zespołem Pradera-Williego może mieć na przykład opóźnienie rozwoju mowy, małogłowie, charakterystyczne cechy morfologiczne twarzy. Są tacy lekarze, którzy po pierwszym spojrzeniu na twarz dziecka wiedzą, że zostało poczęte z in vitro. Bo ma dotykową bruzdę, która jest charakterystyczna dla pewnego zespołu wad genetycznych […].”

ksiądz Franciszek Longchamps de Bérier,

 

członek zespołu ekspertów do spraw bioetycznych Konferencji Episkopatu Polski

 

Inni

 

– Ja do in vitro podeszłam bardzo naiwnie, przekonana, że Kościół katolicki je popiera, bo przecież popiera chęć posiadania dzieci. – Monika głaszcze burego Kryształa, który pręży się na jej kolanach i mruczy. – Wtedy się tyle o tym nie mówiło. Zupełnie nie pamiętam momentu, w którym odkryłam, że jest przeciw. Wydaje mi się, że byliśmy z Łucją na mszy, ona była wtedy malutka, i było kazanie, w którym pojawił się wątek in vitro. Tacy byliśmy dumni, zadowoleni, wreszcie się poczuliśmy jak rodzina, msza dla dzieci, te wszystkie matki z wózeczkami i my też tam w końcu mogliśmy być, a tu pac, nie chcą nas.

 

– Bruzda dotykowa? – zastanawia się Anna. – Dla mnie to część pewnej polityki, która ma grać na bardzo prostych, prymitywnych lękach. Co to znaczy, że dzieci z in vitro są inne? Wyróżniają się fizycznie, intelektualnie, poprzez zmieniony genotyp? Nikt do końca nie precyzuje, czy chodzi o zmiany w którymś chromosomie, czy o metylację DNA. Posługując się ogólnikami, wchodzimy w język kiepskiej powieści science fiction, gdzie na naszych oczach rodzi się jakaś nowa cywilizacja pół-hybryd, pół-potworków, które musimy tolerować, przebywają między nami, będą się z nami mieszać. Moim zdaniem polityką polskiego Episkopatu jest właśnie wzbudzenie w ludziach zrywu do palenia czarownic: nie akceptuję cię, nie umiem powiedzieć dlaczego, ale odejdź, jesteś inny, nienawidzę cię. I o to mam pretensję do Kościoła polskiego.

 

Do Anny od pewnego czasu, co parę miesięcy pisze kobieta, która podeszła do in vitro, będąc bardzo praktykującą i wierzącą katoliczką, zaszła w ciążę i urodziła synka.

 

Z częstotliwością wyznaczoną przez kolejne wydarzenia medialne wraca ze swoimi wątpliwościami, strachem. Ostatnio pisała tak: „Podeszłam do in vitro, wierząc, że nie zrobię krzywdy mojemu dziecku,a teraz dowiaduję się z oświadczenia Episkopatu, że to o ileś procent zwiększa ryzyko pewnych wad. Czy ja skrzywdziłam swojego syna?”. I Anna za każdym razem odpowiada: „Słuchaj, czy jeżeli moje dziecko w wieku siedmiu lat zostanie zdiagnozowane na ADHD, złamie nogę na trzepaku albo będzie miało alergię, to też będzie wina in vitro?”.

 

Monika: – Te wszystkie przekazy są dla mnie niejasne. Typowy dla naszego kleru patos, pompatyczność w wymowie, która niewiele znaczy. Nie wiem, co znaczą dzieci Frankensteina, czy to my, rodzice, jesteśmy jak doktor Frankenstein, czy lekarze, czy dzieci są jakieś złe? Ale w każdym razie przekaz jest jasny: jesteśmy nie tacy, jak trzeba.

 

Zmień się, Polsko

 

Anna: – Pamiętam dyskusję na forum rodzicielskim, gdy byłam w trakcie inseminacji, ale inni piszący wywnioskowali, że podchodzę do in vitro. Zobaczyłam wtedy, w jakim świetle postrzegana jest ta metoda. Matka pięciorga dzieci pisała, że nie mogę zajść w drugą ciążę, bo to kara za to, że się rozwiodłam z pierwszym mężem. Inna, że może jej mąż jest alkoholikiem, ale przynajmniej umie ją zapłodnić. A było to małe kameralne forum, gdzie ludzie znali się z twarzy.

 

– Czy Andrzej bał się, że to może mu w polityce zaszkodzić? Obawiał się dyscypliny partyjnej w czasie głosowania w sprawie in vitro w Senacie. Gdyby się wyłamał, mogliby go nawet wyrzucić. Pytałam: „I co zrobisz?”. „Zagłosuję zgodnie ze swoim sumieniem. A nie mam sobie nic do zarzucenia”. Najbardziej bał się wykluczenia przez ludzi, rodzinę, krytyki, wyśmiania. Pamiętam, że bardzo przeżył wypowiedź posła Suskiego dla Faktów TVN w 2007 roku: ja dzieci zrobiłem normalnie. Ludzie nie zastanawiają się, co mówią i jaki ból mogą sprawić koledze, który siedzi obok. – Joanna składa na kolanach polarową bluzę najmłodszego syna w coraz mniejszą kostkę. – Gdy w 2010 roku ukazał się artykuł w „Super Expresie”, że mam dzieci z in vitro, niektórzy przestali mi mówić „dzień dobry”. Czemu ludzie tak się zachowują? Myślę, że nie wiedzą i się nie zastanawiają, tylko działają na zasadzie: co ksiądz powiedział, to przyjmujemy za pewnik. Dlatego uważam, że powinnam o tym mówić, że to ważne.

 

Marta: – Chyba mam dużo szczęścia w życiu. Nie trafiłam nigdy na kogoś, komu bym powiedziała, jaka jest geneza mojej rodziny, i kto by powiedział, że to jest złe. W pracy wszyscy wiedzą. Mam przyjaciółkę, która mieszka na wsi, gdzie żyją ludzie bardzo religijni i głęboko wierzący. Wszyscy tam wiedzą, że moje dziecko jest z in vitro i wszyscy je kochają. Wierzę, że o in vitro trzeba mówić, bo ono staje się czymś kompletnie innym, kiedy ma twarz mamy Marty, taty Kuby i małej Julki, która jest cudowna i wyczekana. To całkiem inny temat dla człowieka, który nie wie, co o tym myśleć, niż hasło „dziecko z probówki”.

 

– Nie sądzę, żeby coś się zmieniło w podejściu Kościoła do in vitro. – Iwona sięga po filiżankę z herbatą. – Bardziej bym chciała, żeby coś się w Polakach zmieniło. Mamy sporo kontaktów międzynarodowych, choćby przez szkołę Michała, a ja nie ukrywam, że mam dzieci z in vitro. I dla ludzi to jest normalne: mieliście problem, rozwiązaliście go. A spotykam czasami ludzi z Polski, którzy dorastali w naszej wierze, i pada takie zdziwiono-oburzone: „Mieliście in vitro?!”. Pozostaje niedopowiedzenie, że to niezgodne z nauką Kościoła. Chciałabym, żeby zwykli, przeciętni ludzie otworzyli oczy i zobaczyli, że Kościół czasami się myli.

 

Nie dam się wyrzucić

 

– Najpierw była obraza. Przestaliśmy chodzić do kościoła na kilka lat. – Monika szuka na regale zdjęć z pierwszej komunii córki. – Paradoksalnie wróciliśmy dzięki Łucji. Jej niania, która pochodzi z bardzo wierzącej, wielodzietnej rodziny, zapytała, czy może ją zabrać na Bielanki, chór w kościele, który prowadzi jej córka. Zgodziliśmy się i Łucji się spodobało. Zaczęła tam śpiewać, trzeba było ją wozić, więc zaczęliśmy znowu bywać na mszy. Teraz, od pierwszej komunii, patrzę na nią, jak ona przyjmuje Eucharystię i troszkę jej zazdroszczę. Tak na co dzień się już do tego przyzwyczaiłam, ale straszne było to, że nie mogłam podejść do komunii w tym wyjątkowym dla niej dniu. A nie mogłam, Kościół uważa in vitro za grzech. Myli się, ale nie mogę wszystkiego kwestionować, bo co by zostało.

 

– Odchodzenie od Kościoła było procesem. Powoli przyznawałam się przed sobą, że jednak nie wierzę. Ale cały czas czułam się częścią Kościoła, bo byłam wychowywana jako jego członkini, to była ważna część mojej tożsamości. Raniło mnie, że ta wspólnota nagle zaczęła mnie traktować jak obcy element tylko dlatego, że mojemu ciału przydarzyła się niedyspozycja, która uniemożliwia mi poczęcie waginalne i każe korzystać z pomocy technologii – mówi Anna. – Pamiętam taki moment, gdy podchodziłam do in vitro albo byłam w bardzo wczesnej ciąży, kiedy wchodząc do naszego mieszkania z mężem, nagle upadłam na podłogę i zaczęłam histerycznie płakać. Nie wiedział, co się dzieje. A do mnie nagle wróciły słowa biskupa Tadeusza Pieronka, które usłyszałam wcześniej tego dnia, że in vitro jest realizacją idei Frankensteina. Nie mogłam pogodzić się z tym, że ktoś może wygłaszać w przestrzeni publicznej takie deklaracje i świat się nie kończy, a one przechodzą bez echa. Zapowiedziałam, że nie wrócę do Kościoła, jeśli biskup Pieronek mnie nie przeprosi. Zmieniło się tyle, że nawet gdyby mnie przeprosił, nie wróciłabym. Już nie czuję się częścią wspólnoty. Kuba jest ochrzczony, był u pierwszej komunii. Franek chrztu już nie ma.

 

Marta: – Mam problem, żeby się określić, co jest ze mną i wiarą. Ślub mieliśmy kościelny, chyba bardziej z uwagi na tradycję, bo Śląsk jest bardzo religijny. Julia jest ochrzczona. To było ważne dla moich rodziców, ale chyba też dla mnie, chciałam to zrobić dla Boga, który może jest i chyba też dlatego, żeby sobie nie zamykać drzwi.

 

Ale już z mszy z okazji roczku dziecka zrezygnowaliśmy. Na Śląsku to bardzo silna tradycja. Jak zapraszałam na pierwsze urodziny Julii, z ust wszystkich członków mojej rodziny padało pytanie: „A w którym kościele?”. A ja odpowiadałam: „Babciu, do domu zapraszam, ciociu, do domu”. „A, to msza będzie w inny dzień?”. „Nie będzie mszy”. To był pierwszy sygnał dla rodziny, że na mojej drodze do Kościoła stanęło coś bardzo poważnego i się odcinam, bo mi się nie podoba, co tam się dzieje. Bo Kościół wchodzi z butami w moje życie i wartości najwyższe w nim, nie akceptuje mojej rodziny, sposobu, w który urodziło się moje dziecko, a wręcz neguje, oskarża, wyzywa od morderców. Trochę mi żal, bo łatwiej jest w życiu, kiedy się w coś wierzy.

 

Iwona: – Gdy podchodziłam do pierwszego in vitro, potrzebowałam bardzo tego wsparcia. Chyba bym sama nie przeszła przez to. Musiałam się o kogoś zaczepić i Bóg był fajnym punktem oparcia. Nawet na Jasnej Górze byliśmy. W pierwszym trymestrze miałam krwotoki. Myślałam, że już straciłam dziecko. Zaraz będę płakać. – Ociera łzy. – Pojechaliśmy się pomodlić, podziękować, bo wszystko się ustabilizowało i ciąża się rozwijała prawidłowo.

 

Oddaliłam się od Kościoła niedawno, przez te ich wszystkie publikacje, wypowiedzi. Poszłam, pamiętam, do polskiego kościoła w Monachium, gdzie wtedy mieszkaliśmy, gdy starałam się o drugie dziecko i usłyszałam, że in vitro to zło ostateczne. Zaczęłam się pytać: co ja tu robię? Ale nie mogę powiedzieć, że w pełni odeszłam. W jakiś sposób jestem z Bogiem, czasami ze sobą rozmawiamy.

 

Joanna: – Kiedy Andrzej zmarł, zostawił mnie z dwójką maleńkich dzieci i zarodkami, myślałam: „Gdyby był Pan Bóg, toby mi nie zrobił czegoś takiego, nie mógłby”. Przestałam chodzić do kościoła, modlić się. Dwa lata temu z powrotem nabrałam przekonania, że wierzę, tylko to już jest inna wiara, bardziej dojrzała, głębsza. Teraz się modlę o wszystko. Chłopcy wiedzą, że jesteśmy katolikami, noszą łańcuszki srebrne z Bozią, chodzą na religię. Pacierz znają cały, akty żalu, miłości. Codziennie rano w samochodzie najpierw Wiktor prowadzi „Ojcze Nasz”, potem Konrad „Zdrowaś Mario” i Arek „Aniele Boży”. Razem odmawiamy, żebyśmy mieli dobry dzień. Czasem sami mówią: „Mamusiu, pójdźmy do kościółka”. Ale z reguły chodzimy w tygodniu, boję się, żeby w niedzielę nie było listu na przykład arcybiskupa Michalika potępiającego in vitro. Oni wiedzą, skąd się wzięli, a nieprzemyślane słowo może tak zaboleć, że rana się już nigdy nie wygoi.

 

Monika: – Bóg jest zawsze ze mną. Codziennie przed snem z Nim rozmawiam. Moje dziecko jest ochrzczone, chodzi na religię. Ale już nie wierzę tak ślepo we wszystko, co powiedzą biskupi. Bo jeżeli się mylą w jednej kwestii, mogą się mylić też w innych. Mam wiele żalu do Kościoła. O to, że akceptuje język, jakim posługuje się prawica, a nawet sam go używa. Albo to, że in vitro nie jest leczeniem. Dlaczego Kościół tak bardzo chce to udowodnić? To sekty zabraniają się leczyć. No i jest strach. Msza w każdą niedzielę to moment strachu, że wcześniej czy później będzie jakieś takie kazanie. Wstanę, wezmę moje dziecko za rękę i wyjdę. I pewnie znowu się nie pokażę przez dłuższy czas. Czemu wciąż tu jestem? Nie umiemy z mężem celebrować inaczej naszej wiary niż w Kościele katolickim. Na blogu księdza Lemańskiego przeczytałam, że to my jesteśmy Kościołem, my, wierni, ksiądz jest tylko sługą, a my dziećmi. A poza tym to nie jest Kościół Terlikowskiego. Dlaczego on ma mieć bardziej rację niż ja? Jeśli odejdę, to kto ten Kościół zmieni?

 

Agnieszka Wójcińska - Tekst ukazał się w antologii "Walka jest kobietą" pod redakcją Urszuli Jabłońskiej (PWN, 2014)

 

EN

PL

 

Stowarzyszenie Reporterów - Rekolektyw.pl - 2016

Rekolektyw.pl logo.png

PL

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

PL

Rekolektyw.pl logo.png
Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

Agnieszka Wójcińska

 

Rodzina bardziej święta

 

Monika: – Mogę się wyspowiadać z wielu grzechów, ale nie z in vitro, bo go nie żałuję i żałować nie będę. Gdyby nie ono, nie byłoby Łucji. Nasza rodzina prawdopodobnie rozpadłaby się, bo psychicznie już bardzo źle znosiliśmy próby naturalnego zajścia w ciążę. Żal, że to zrobiłam, oznaczałby, że zdradzam moje dziecko. A ono jest dla mnie dobrem najwyższym, ważniejszym niż to, co sądzi o mnie Kościół.

 

Iwona: – Pamiętam, jak przed samym zabiegiem poszłam do spowiedzi do dominikanów, bo ich podejście najbardziej do mnie przemawiało i nie dostałam rozgrzeszenia. Byłam zbulwersowana. Ksiądz w konfesjonale mówił jakieś bzdury, wcale mnie nie rozumiał. Mojego comiesięcznego bólu, niespełnionych nadziei. Porównywał posiadanie dziecka do zakupu samochodu. A dla mnie to w ogóle nie był grzech, nie zrobiłam nic złego. A nawet wprost przeciwnie: dałam początek nowemu życiu. Nigdy drugi raz nie przyznałam się w trakcie spowiedzi, że mam dzieci z in vitro, choć spowiadać się jeszcze czasami chodziłam.

 

Joanna: – Spotkało nas wielkie szczęście, bo się chłopcy urodzili. Miałabym powiedzieć, że są grzechem? Absolutnie. Chociaż, jak przyszło nieszczęście, jako osoba wierząca, katoliczka, miałam takie myśli: „A może życie za życie? Pan Bóg zabrał mi Andrzeja, bo dał mi dzieci?”.

 

Anna: – Mój tata, który jest katolikiem szalenie ortodoksyjnym, zapłacił nam za in vitro. Po rozmowie na ten temat po prostu wyjął kopertę i mi wręczył. Powiedział, że Kościół nas krzywdzi, bo coś, co owocuje powstaniem nowej miłości, nie może być złem. I dodał, że się modli, żeby Kościół zmienił nastawienie.

 

Marta: – Miałam kiedyś taką fajną rozmowę z nowym księdzem u nas w szkole. Na jakiejś imprezie zapytał mnie, czemu go nie lubię. Cisnął i cisnął, o co chodzi. W końcu mu powiedziałam: „Tomek, nie bierz tego do siebie, jestem ogólnie antykościelna, bo mam dziecko z in vitro”. On na mnie spojrzał i mówi: „I to wszystko?”.  Wierzę, że takich Tomków jest więcej, bo trafiłam na kilku takich księży. Staram się myśleć, że to, co słyszę w mediach, to nie zdanie wszystkich duchownych.

 

Czterdzieści osiem sinusoid

 

Joanna: – Pamiętam, jak mąż mnie musiał wyprowadzić z mszy. Obok mnie kobieta wzięła na ręce malutką dziewczynkę, może z roczek miała i się do mnie uśmiechała. Zaczęłam tak na głos płakać, że ją przestraszyłam. Mąż pyta: „Czemu tak płaczesz?”. „Bo czemu my nie mamy takiego?”.

 

Anna: – Od dłuższego czasu mieliśmy z mężem świadomość, że mamy problem. Natomiast wydawało mi się, że jeżeli zamkniemy oczy i przestaniemy o tym myśleć, za miesiąc on się rozwiąże w sposób samoistny i cudowny zarazem, a ja zobaczę na teście dwie kreski. To była taka sinusoida, początek cyklu, czyli moment miesiączki, żałoba i depresja, znowu się nie udało, czternaście dni później nowe nadzieje, ponieważ przychodzi owulacja, wzniesienie sinusoidy aż do pierwszego dnia kolejnego cyklu. Policzyłam, że tych sinusoid przeżyłam czterdzieści osiem. Nazwałam to potem „syndromem pustych ramion”, takich, które chcą kołysać niemowlę, a nie mogą.

 

Monika: – Moja córka nosi imiona Łucja Zofia, to drugie trochę po babci męża, a trochę po takiej Sofiji, Arabce, którą znałam w Tunezji, gdzie kiedyś mieszkałam. Nie mogła mieć dzieci, a ja, jako nastolatka, zupełnie nie rozumiałam tego bólu. Dopiero dziś wiem, jak straszliwie musiała cierpieć co miesiąc. Niemożność posiadania dziecka jest gorsza niż wszystko.

 

Nazywam się niepłodność

 

„Nazywam się Anna Krawczak. Mam dwadzieścia osiem lat i jestem w siódmym tygodniu ciąży uzyskanej drogą in vitro. – Tak zaczyna się treść wysłuchania obywatelskiego Anny w Sejmie. I dalej: – Zdaniem profesora Chazana, dyrektora Szpitala imienia Świętej Rodziny w Warszawie, za niepłodność odpowiadają wczesny wiek inicjacji seksualnej, duża liczba partnerów seksualnych i opóźnianie decyzji o ciąży. Wbrew tym twierdzeniom nigdy nie poddałam się aborcji, nie prowadziłam rozwiązłego seksualnie życia, nie zachorowałam na żadną z chorób wenerycznych, zaś antykoncepcję hormonalną stosowałam przez rok przed urodzeniem swojego ośmioletniego dziś syna. Moja niepłodność nie jest konsekwencją rozwiązłości. Nie jest, jak sugeruje Chazan, karą za grzechy. Jest pechem. Oto znalazłam się w niewłaściwym szeregu statystycznym. Obok mnie stoją trzy miliony Polaków” .

 

Dalej Anna mówiła o upokorzeniu niepłodnych, którzy muszą tłumaczyć się społeczeństwu ze swoich potrzeb rodzicielskich, i o swoich zmaganiach, by zajść w ciążę. A także o tym, jak bardzo ranią ją i obrażają słowa Kościoła dotyczące tej metody. Był 23 lutego 2009 roku. Dzień wcześniej na USG po raz pierwszy usłyszała bicie serca swojego dziecka. Kilka tygodni wcześniej nawiązała kontakt ze Stowarzyszeniem na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”. Teraz, od dwóch lat jest jego prezeską, w stowarzyszeniu działa też bardzo aktywnie jej mąż Darek.

 

Siedzimy przy stole w salonie połączonym z kuchnią w ich domu w Wilanowie. Jemy szarlotkę, którą upiekła. Naprzeciw nas Kuba, trzynastoletni syn Anny z pierwszego małżeństwa, odrabia lekcje. Czteroletni Franek, płowy blondynek, wierci się na kolanach taty. Meble drewniane, rustykalne elementy, żółtopomarańczowe ściany, ciepły klimat. Na szerokiej framudze drzwi nad opisanymi datami kreskami oznaczającymi kolejne pomiary wzrostu chłopców kilka obrazków ze świętymi i krzyżyk. Prezenty od taty Ani.

 

– Po jakichś dwóch latach bezskutecznych starań o dziecko przyszliśmy do lekarza z wynikami badań dotyczących płodności i pamiętam, że pierwszą rzeczą, którą powiedziałam, było to, że nie zgadzamy się na in vitro – opowiada Anna. – Dostaliśmy zalecenie inseminacji, a ja nie byłam w stanie nawet o tym pomyśleć. Minął rok, a ja to uparcie negowałam i żyłam znów miesiąc po miesiącu, wierząc, że wbrew medycynie i tej diagnozie uda nam się zajść w ciążę. Po roku wróciłam do kliniki na tarczy i wykonaliśmy trzy inseminacje. Przy trzeciej wysiadłam psychicznie. Powiedziałam lekarzowi, że już nie dam rady dłużej i chcę podejść do in vitro. Zdziwił się, bo od dwóch lat słyszał, że tego nie chcemy. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że powiedziałam o tym w czasie pierwszej wizyty. W ciągu tych dwóch lat bardzo wiele się wydarzyło.

 

In vitro w faktach

 

– WHO określa niepłodność jako chorobę, ponieważ narusza ona dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny.

– Według statystyk European Society of Human Reproduction and Embriology na świecie żyje około pięciu milionów ludzi urodzonych dzięki in vitro, z czego około dwudziestu procent w wyniku kriotransferu (z zamrożonych zarodków).

– Louise Brown, pierwsze dziecko z in vitro na świecie, urodziła się w Wielkiej Brytanii w 1978 roku, sześć lat później w Australii przyszła na świat Zoe Leyland, pierwsze dziecko z rozmrożonego zarodka, a za kolejne trzy lata Magda, pierwsze w Polsce dziecko urodzone dzięki tej metodzie, które do 2012 roku pozostało anonimowe.

– Badania naukowe nie potwierdzają większej częstości występowania wad wrodzonych i rozwojowych u dzieci z in vitro .

– Zdecydowana większość krajów europejskich refunduje częściowo lub w całości co najmniej trzy zabiegi in vitro.

– W Polsce około dwudziestu procent par nie może zajść w ciążę po roku starań, a około dziesięciu procent – po dwóch latach. W wyniku in vitro poczyna się u nas półtora procent dzieci.

– Z sondażu CBOS w 2012 roku wynika, że siedemdziesiąt osiem procent dorosłych Polaków jest za możliwością korzystania z in vitro przez niepłodne małżeństwa. Przeciwko jest szesnaście procent.

 

Głosem Kościoła, 1

 

„Rada do spraw Rodziny pragnie przypomnieć nauczanie Stolicy Apostolskiej, a zwłaszcza Ojca Świętego Jana Pawła II, dotyczące kwestii [in vitro]. […] Po pierwsze – przy każdej próbie w tej metodzie giną liczne embriony, jest to rodzaj wyrafinowanej aborcji. Po drugie – każde dziecko ma prawo zrodzić się z miłosnego aktu małżeńskiego jego rodziców. I po trzecie – dziecko nie jest rzeczą i nawet przyszli rodzice nie mogą powiedzieć, że mają do niego prawo, zwłaszcza że to »prawo« jest zawsze okupione śmiercią jego braci i sióstr” .

 

Piętnaście lat czekania

 

– Później, kiedy to wszystko sobie poukładałam w głowie, dziękowałam Bogu, że się zdecydowałam na in vitro. Bo Andrzej umarłby niespełniony. Czekał na dzieci piętnaście lat, bardzo tego pragnął. Przez dziesięć walczył o życie Joli, swojej pierwszej żony. Miesiąc po ślubie okazało się, że Jola ma ziarnicę. Miała strasznie wyjałowiony organizm, chcieli mieć dzieci, ale niestety. Potem dwa lata, zanim byliśmy razem, i jeszcze trzy lata naszych starań. Był tak szczęśliwy, dumny, kiedy się chłopcy urodzili. Drukował ich zdjęcia i w Senacie rozwieszał w różnych pokojach na tablicach ogłoszeń: zobaczcie, to moi synowie.

 

Joanna Mazurkiewicz-Kulka mieszka na strzeżonym osiedlu, w wynajętym mieszkaniu, które własnoręcznie odnowiła. Pokój chłopców, siedmiolatków Konrada i Wiktora oraz trzyipółletniego Arka, wymalowała na zielono, na ścianach i suficie przykleiła fosforyzujące figurki dinozaurów i gwiazdki, które świecą po zgaszeniu światła. Sama wychowuje synów, ojciec Arka i jej drugi mąż odszedł od rodziny. W salonie i zarazem sypialni Joanny nad drzwiami wisi obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, na regale z książkami stoi statuetka marszałka Piłsudskiego. Nad nim szable i orzeł, a na przeciwległej ścianie marszałek na kasztance – obraz namalowany przez znajomego męża Joanny. Dziadkowie Andrzeja Mazurkiewicza walczyli w legionach.

 

– Pan profesor Dębski, któremu zawdzięczamy synów, powiedział po badaniach, że możemy próbować, ale on nie ręczy za skutek, bo nasienie jest bardzo słabe. Mój mąż nie dbał o siebie: stres, brak snu, dużo kawy i red bulli, papierosy i ogromne poświęcenie polityce. Szukaliśmy rozwiązania. Zastanawialiśmy się, czy nie adoptować dziecka, ale mąż nie miał przekonania. I pan profesor powiedział, że jest świetna metoda, in vitro. Oczywiście tylko pewien procent kobiet zachodzi po tym w ciążę, chyba dwadzieścia–dwadzieścia pięć procent. Trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia. Tak naprawdę nie do końca wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądało. Bo fajnie, będzie zapłodnienie, dwa zarodki. A reszta? Mnie to trochę nie przekonywało, zamrożone zarodki, instynktownie czułam, że coś jest nie tak. Ale dziecko, żeby mieć dziecko, zrobilibyśmy wiele. Wysłałam męża do jego przyjaciela salezjanina i on powiedział: „Jak Pan Bóg nie będzie chciał, to wy będziecie w tej większości, której się nie udaje, jak będzie chciał, znajdziecie się w wśród tych, którzy zachodzą w ciążę”. To mnie przekonało. Zdecydowaliśmy się. Dwa zarodki zostały włożone i od razu dwa się przyjęły.

 

Głosem Kościoła, 2

 

„W tej metodzie dziecko nie jest traktowane jako dar, ale jako towar: zamawiany i to za ciężkie pieniądze. […] Dziecko powinno być wynikiem poczęcia, a nie produktem, który się zamawia. Jak płacę, to wymagam – to hasło można odnieść do usługi czy produktu. A dziecko przecież nie może być produktem. Dziecko ma przyjść na świat do rodziców, którzy z miłością na nie czekają, a nie zamawiają jak pizzę na telefon. Czy może być szczęśliwe dziecko wychowywane przez rodziców, którzy mają takie myślenie: jak mam forsę, to będę miał wszystko: najnowsze bmw, a jak będę chciał, to zamówię sobie dziecko” .

 

Zadaniowo

 

Na lodówce kalendarz „Naszego Bociana”. Wciąż odwrócony na stronę tytułową 2013. Julka to ta w lewym górnym rogu, w kraciastej sukience, bosa, uśmiechnięta, fotograf uchwycił ją w tanecznej pozie. Ma cztery lata.

 

– Julka to dziewczyna z in vitro – mówi Marta Górna. – No i fajnie. Cieszymy się, że jest. Mieliśmy dużo szczęścia, bo po pół roku takich zwyczajnych starań poszłam do lekarza, który poprosił, żebyśmy zrobili podstawowe badania. Już pierwsze badanie Kuby nie pozostawiało złudzeń, że tylko in vitro może nam pomóc, inaczej się nie uda mieć dziecka.

 

Marta uczy geografii w technikum i zawodówce, ale obecnie jest w domu na zwolnieniu. Czeka na wynik kolejnego in vitro przeprowadzonego w ramach rządowego refundowanego programu leczenia niepłodności. Siedzimy w kuchni jej mieszkania w starej kamienicy w Mysłowicach. Dom jest niewielki i w całości zamieszkany przez rodzinę Kuby, męża Marty. Przed nim zadbany ogródek. Przez kuchenne okno wpada jesienne słońce. Pod nogami kręci się sędziwa labradorka. Julka jest w przedszkolu, a Kuba, który prowadzi własną firmę w branży motoryzacyjnej, w pracy.

 

– Jesteśmy z Kubą razem bardzo długo. Ślub ciągle odkładaliśmy, już wiedzieliśmy, że będzie in vitro, jak go braliśmy. Kuba miał taki moment, że zastanawiał się, czy na pewno powinniśmy, czy jest dobrym materiałem na męża. Zawsze mówiliśmy, że chcemy mieć dzieci, on zawsze wiedział, że ja chcę je mieć, najlepiej dużo. A tu nagle się okazało, że może mi ich w ogóle nie da. I czy ja w związku z tym będę szczęśliwa? No będę, bo chcę mieć je z tobą, nie z kim innym. A potem już było dobrze. Zadaniowo. To był dla nas bardzo poważny wydatek. Na ślubie mieliśmy prośbę do gości, żeby nie kupowali prezentów, tylko podarowali pieniądze. Z małą dopłatką z tego, co mieliśmy odłożone, udało się pierwszy zabieg sfinansować. Niestety ciąża szybko przestała się rozwijać. Drugi transfer był zrzutkowy, pomogli nam bardzo moi dziadkowie, mój ojciec chrzestny, rodzice, kto ile miał, przynosił. Trochę brakło i to dobraliśmy w banku.

 

Głosem Kościoła, 3

 

„Rodzice będą wybierać płeć, kolor oczu, włosów, wzrost, geny geniusza lub zbrodniarza. Będą jak twórcy Frankensteina. Czymże jest literackie wyobrażenie Frankensteina, czyli istoty powołanej do życia wbrew naturze, jak nie pierwowzorem in vitro? To makabryczna perspektywa, ale ona istnieje”.

 

biskup Tadeusz Pieronek

 

Ręka Boga

 

– To moje dziecko. – Monika Popławska-Adamczyk wskazuje na zdjęcie blondyneczki z dwoma kucykami, które stoi na regale. – Jak pani widzi, nie ma żadnej bruzdy na czole.

 

Historia Moniki jest taka. Późne małżeństwo (tak mówi), poznali się, gdy ona, doktor biologii na UW, miała trzydzieści lat, on, informatyk – trzydzieści dwa, brak pośpiechu w staraniu się o dziecko, pierwsza ciąża pozamaciczna, poronienie i pęknięcie jajowodu, operacja usunięcia go. Po pewnym czasie znowu zaczęli się starać o dziecko, a Monika wróciła nawet do kalendarzyka małżeńskiego, który kiedyś dostała w kościele. I nic. To jej mama namówiła ich, by zrobili badania. Diagnoza: niepłodność wtórna – jajowód, który jej pozostał, jest niedrożny. Jako jedyną szansę na posiadanie dziecka lekarz wskazał in vitro.

 

Monika: – Myślałam o adopcji. Robert, mój mąż, namówił mnie, żebyśmy najpierw raz spróbowali in vitro. Bałam się, bo ja się boję igły, skalpela, krwi. Ale podeszliśmy, transferowano dwa zarodki. Zaczął się najgorszy etap. Czekanie na wynik. Wzięłam urlop, leżałam w łóżku, płakałam i modliłam się, modliłam i płakałam, i tak w kółko. Wtedy wyszła Pasja Gibsona. Jest tam o Marii, która musi patrzeć na śmierć syna. I ja jej trochę zazdrościłam, bo ona miała dziecko, a ja nie. Modliłam się, żeby mi pomogła. W klinice każą poczekać dwanaście czy czternaście dni, zanim się zrobi test. Nie wytrzymałam i po dziewięciu dniach poszłam z mamą, która pracowała jako analityk medyczny, do jej laboratorium. Test beta hcg wyszedł w granicy błędu. Ale ja już wiedziałam. W Wigilię 2004 roku miałam pierwsze USG. Lekarz pokazał mi malutki pikselek na ekranie i powiedział, że to moje dziecko. O tym, że będzie dziewczynka, dowiedzieliśmy się w dniu wyboru papieża Benedykta XVI. Dla mnie to była ręka Boga, że się udało, bo jestem osobą wierzącą.  Miałam wrażenie, że wygrałam z naturą, nie z Nim.

 

Głosem Kościoła, 4

 

„Eugenika etymologicznie znaczy »dobre urodzenie«. […]. Myślenie eugeniczne jest wpisane w in vitro. Medycyna dąży tu do tego, by »produkt« technologii in vitro był jak najlepszy. Dlatego musi wszczepić najdoskonalsze zarodki, a eliminować, w wyniku tak zwanej diagnostyki preimplantacyjnej, chore, niepełnosprawne. A to jest już eksterminacja człowieka”.

 

ksiądz doktor habilitowany Antoni Bartoszek, teolog moralista

 

Schizofrenia

 

Anna: – Mój mąż pochodzi z umiarkowanie religijnej rodziny. Typowo polskiej. Teściowie, którzy zresztą mieszkają w małej wsi, zawsze stali za nami murem. Ale znam też rodzinę, w której ojciec jest gorącym zwolennikiem Radia Maryja, oddaje na nie sporą część renty, a kiedy okazało się, że syn ma problem z poczęciem dziecka, wziął kredyt i sfinansował mu in vitro. Myślę, że kluczem jest tu świętość rodziny. Ta oczywistość niedzielnego rosołu, z którą żaden ksiądz i żadna homilia nie wygrają.

 

– W rodzinie wszyscy wiedzą od początku i nas wspierają. – Marta zasłania żaluzję, żeby nie raziło nas słońce. – Moi rodzice i dziadkowie chodzą do kościoła, babcia się modli gorliwie za te nasze in vitra. Rozdzielają kościelny przekaz od swojej wiary. Ja też go rozdzielam, inaczej trudno by mi było zaakceptować, że rodzice chodzą do kościoła. Oni twierdzą, że księża się mylą, bo też są tylko ludźmi. Kiedyś mówili, że przeszczepy są złe, dziś mówią, że są w porządku, teraz mówią, że in vitro jest złe, niebawem powiedzą, że jest dobre. Są o tym święcie przekonani, a ja im pozwalam w to wierzyć. Sama nawet chyba w to wierzę.

 

– Po tamtej spowiedzi byłam załamana, zrozpaczona, smutna. Płakałam. Mnóstwo negatywnych uczuć. Rozmawiałam o tym z moją mamą, ona jest bardzo wierzącą osobą, do kościoła chodzi codziennie. Pocieszała mnie: „Nie przejmuj się, Kościół też czasami popełnia błędy, nikt nie jest genialny”. Bardzo chciała mieć wnuki – opowiada Iwona Krygier-Komenda.

 

Po roku starań o dziecko Iwona poszła do ginekologa. Kazał zrobić badania. Diagnoza: niepłodność idiopatyczna, bez określonej przyczyny. Trzy nieudane inseminacje. Pierwsze in vitro i począł się Michał.

 

Spotykamy się w kawiarni Wedla w Galerii Krakowskiej. Iwona na stałe mieszka z mężem, siedmioletnim Michałem i dwuletnim Kubą w Wiedniu. Przyjechała odwiedzić rodziców. Mąż pracuje w korporacji, ona przez lata też, w HR, wysoko zaszła. Po urodzeniu Michała została w domu, chciała być z nim.

 

– Wydaje mi się, że moja mama wierzyła bardzo, że drugie dziecko uda nam się począć bez pomocy medycyny. To się zdarza, że po pierwszym in vitro dochodzi do kolejnego zapłodnienia bez żadnego wsparcia – mówi. – Modliła się za to. Jak jej powiedziałam, że jestem w ciąży, zapytała, czy naturalnie. Powiedziałam, że to in vitro, nic nie mówiła. Ale przyjęła, kocha, hołubi. A znam historie, gdy dziadkowie odrzucili wnuki z in vitro, choć trudno mi to sobie wyobrazić.

 

Monika wyciąga album rodzinny. Zaczyna się od zdjęć Łucji z USG, kiedy była zarodkiem. Na kolejnych widać główkę, rączki, brzuszek, nóżki. Dalej zdjęcia po porodzie w szpitalu.

 

– Moja córcia, już nie pamiętam jej takiej malutkiej. Tu ledwo siedziała. Na basen z nią chodziłam. Tu zaczęła raczkować. Tu miała roczek. A tu spotkanie dzieci z in vitro, Pola, Bartuś, Marysia, Roksanka. Wszyscy mówili o Łucji: „Jaki ładny chłopczyk”, bo nie miała za dużo włosków. Bal karnawałowy w przedszkolu: Łucja w masce weneckiej. A tu z babcią, bardzo się kochały. Moja mama nie żyje. Była osobą wierzącą, bardzo praktykującą, taka babcia „moherowy berecik” i była totalnie za naszą córką. Uwielbiała Łucję. – Szuka nagrania z babcią z programu telewizyjnego o in vitro. Znajduje inne, prowadząca program mówi: „In vitro jest niezgodne z etyką chrześcijańską”.

 

– A wie pani, że Kościół ewangelicko-augsburski zezwala na in vitro, jeśli ma to pomóc rodzinie? Nawet rozmawialiśmy z mężem o tym, czy nie przejść tam. Ale potem pomyślałam: dlaczego mam odchodzić? Czuję się związana z Kościołem katolickim mimo wszystko, to jest moja religia i tradycja.

 

W końcu właściwe nagranie. Pani Danuta, babcia Łucji, trzyma na nim pod pachą pluszowego Prosiaczka wnuczki i mówi: „Jestem osobą bardzo wierzącą, jestem w kościele sobota, niedziela. Nie zgadzam się z tym, co mówią księża na temat in vitro. Moim zdaniem to bardzo odciąga ludzi od Kościoła”.

 

Joanna: – Nie powiedzieliśmy nikomu. Ta informacja została wykreślona z książeczek zdrowia chłopców. Jak mieli dwa–trzy miesiące, mój brat, który mieszkał pod adresem, gdzie byłam zameldowana, dowiedział się z listu z kliniki z prośbą o opłatę za przechowywanie zarodków. Nie skomentował tego, udawał, że nic się nie dzieje, ale po siostrze zobaczyłam, że też już wie. Po śmierci Andrzeja moje rodzeństwo wyraźnie mnie potępiło. I do dziś się nie odzywa. Siostra ma syna o dwa tygodnie starszego od chłopców, młodszego jej dziecka nie znam. Brat nie zaprosił mnie na ślub w zeszłym roku, jego dziecka, które urodziło się w maju, też nie poznałam. Oni nie znają mojego młodszego syna. To przykre i czasem jeszcze boli. Choć nie wiem, czy to tylko kwestia religii, czy może mama nas źle wychowała, w takiej rywalizacji wzajemnej. Teściowa dowiedziała się już po śmierci Andrzeja i po tym, jak to wyciągnęły media. Nie rozmawiałyśmy wtedy o tym, ale w tym roku w Wielkanoc zadała mi pytanie, co tak naprawdę jest złego w tym in vitro. A jest bardzo wierząca, mój mąż powtarzał żartobliwie, że najpierw jest Pan Bóg, potem jego mamcia i dopiero papież. Mówi, że jej to nie przeszkadza, bo ona ich bardzo kocha.

 

Anna: – W rodzinie zdarzyła nam się jedna negatywna reakcja: mojego brata, który jest ortodoksyjnym katolikiem. Powiedział, że nie będzie ze mną rozmawiać na temat in vitro, bo jestem w ciąży i on bierze wzgląd na ten stan, natomiast de facto jestem morderczynią. I to się nie zmieniło do dziś. Nawiasem mówiąc, uwielbia mojego syna i jest superwujkiem. Taka schizofrenia.

 

Głosem Kościoła, 5

 

„Metoda in vitro jest tylko jednym ze sposobów na dzietność. Uważam, że leczenie niepłodności jest aktem humanizującym ludzkie poczęcie, bowiem rodzice po wyleczeniu własnym aktem mogą doprowadzić do poczęcia dziecka. […] Natomiast procedura in vitro niepłodności nie leczy. Rodzice nadal pozostają niezdolni do prokreacji, nadal są niepłodni. Chcąc mieć kolejne dziecko, muszą znowu uciec się do zapłodnienia pozaustrojowego […]. [Dyskurs o in vitro] jest to cały czas dyskurs usprawiedliwiający, bo, zauważmy, nie ma w nim nic na temat drugiej strony medalu, na przykład faktu, że zapłodnienie in vitro kilkakrotnie zwiększa możliwość wad genetycznych”.

 

arcybiskup Henryk Hoser

 

Geografia poczęcia

 

– Pochodzę z bardzo ortodoksyjnej, katolickiej rodziny. Chodzenie do kościoła to był aksjomat, było codzienne odmawianie jednej dziesiątki różańca całą rodziną, zawsze nabożeństwo majowe, roraty, należałam do Legionów Maryi, jeździłam na obozy oazowe – opowiada Anna.

 

Przez dwa lata od pierwszej wizyty w klinice sprawdzała, czym jest in vitro. Czytała relacje par, teksty naukowe, publicystykę. Starała się dociec, gdzie leży główny punkt sporu z Kościołem.

 

– Toczyłam wojnę moralno-etyczną ze sobą samą, sądząc, że w tym wszystkim faktycznie chodzi o zabijanie zarodków, że to ważki problem moralny. W momencie, kiedy odkryłam instrukcje papieskie Donum vitae, Dignitas personae i Humanae vitae i dowiedziałam się, a było to dla mnie naprawdę wielkie odkrycie, że cały punkt ciężkości, który wywołuje tyle sporów i ludzkich dramatów, leży w tym, że komórka jajowa nie może się spotkać z plemnikiem poza organizmem kobiety, a poczęcie musi nastąpić w czasie aktu kopulacji, poczułam się oszukana. Więc chodzi o geografię poczęcia!

 

Donum vitae mówi: „Sztuczne zapłodnienie homologiczne w obrębie małżeństwa jest niedopuszczalne, za wyjątkiem przypadku, w którym środek techniczny nie zastępuje aktu małżeńskiego, lecz ułatwia i pomaga w osiągnięciu jego naturalnego celu”*. Przy okazji swoich internetowych poszukiwań Anna wpadła na oświadczenie Zjednoczonej Konferencji Katolickich Biskupów Amerykańskich z 1994 roku, które rozjaśnia ten fragment. Mówi o niedopuszczalności wszelkich rodzajów zapłodnienia pozaustrojowego, poza dwoma. Pierwszym jest LTOT, który polega na przeniesieniu jajeczka z jajnika do jajowodu lub macicy i umieszczeniu tam spermy, w efekcie czego może dojść do zapłodnienia. Drugim wyjątkiem jest GIFT, czyli dojajowodowy transfer gamet, który polega na pobraniu nasienia od mężczyzny i jajeczka od kobiety i, rozdzielonych bańką powietrza, umieszczeniu ich w jajowodzie, by tam doszło do zapłodnienia. W obu przypadkach używa się spermy, która nie pochodzi z zakazanej przez Kościół masturbacji, tylko z perforowanej prezerwatywy, której małżonkowie użyli w trakcie aktu małżeńskiego we własnej sypialni. Następnie nasienie w prezerwatywie jest wiezione do laboratorium, a zabieg traktuje się jako uzupełnienie aktu małżeńskiego.

 

Także Papieska Rada do Spraw Duszpasterstwa Służby Zdrowia dopuszcza inseminację nasieniem męża, jeśli zostało ono otrzymane w wyniku stosunku seksualnego między małżonkami i aprobuje te dwie metody.

 

- Odkryłam też, że już w 1987 roku kardynał Joseph Ratzinger mówił, że ponieważ Kościół nie przyjmuje odnośnie tych dwóch metod oficjalnego stanowiska, to, czy lekarz zrobi pacjentce GIFT lub LTOT, zależy od jego sumienia.  Zadałam sobie pytanie, dlaczego o tym nie wiem. Kościół bombarduje mnie za to informacjami o naprotechnologii, która jest nieskuteczna w różnych sytuacjach, gdy te dwie metody mogą pomóc. Przeraziłam się stopniem manipulacji, jakiej poddawane są rzesze ludzi. To był dla mnie moment jasności. Podeszliśmy z mężem do in vitro ze stanem absolutnej klarowności myśli i intencji.

 

Braciszkowie i siostrzyczki

 

Joanna: – Myśl o tych czterech zarodkach cały czas wracała. Ale musieliśmy poczekać rok od urodzenia dzieci, bo miałam cięcie. Na początku marca 2008 roku, rok i trzy miesiące od urodz Od jakiegoś czasu co parę miesięcy pisze do mnie kobieta enia chłopców, zdecydowaliśmy, że chcemy. Pojechaliśmy do pana profesora z moimi badaniami i on powiedział, że ten cykl jest trochę słabszy i lepiej poczekać do następnego. A 21 marca mój mąż zmarł. Tętniak aorty, który pękł. Gdy się o tym dowiedziałam, moje pierwsze słowa były: „Jak mogłeś mi to zrobić i zostawić mnie z tym problemem? Co mam zrobić? Przyjąć te zarodki? A co powiedzą na Podkarpaciu, skąd pochodziłeś: senator jeszcze w grobie nie ostygł, a ona już dziecko ma?”. Nikomu o tym nie mówiłam, nie miałam się z kim podzielić. Poszłam porozmawiać do księdza. Powiedział: „Posłuchaj, nie myśl już o tym, Pan Bóg tak zdecydował, chcieliście dziecko, ale Andrzeja zabrał. Trudno”. To do mnie jakoś przemówiło, ale wracało na każdej spowiedzi, aż wreszcie inny ksiądz mi powiedział: „Nie powtarzaj tego grzechu, to ci już zostało odpuszczone”. Potrzebowałam kilku lat, żeby to sobie jakoś ułożyć w głowie. Ale z powodu tych zarodków czuję się winna i to mi już pewnie zostanie.

 

– Zabijanie zarodków, tych braciszków i siostrzyczek, to tylko pretekst, który jest bardziej medialny, manipulacja i kłamstwo. Nikt świadomie tego podczas in vitro nie robi – mówi Monika.

 

Po stymulacji wyhodowała dwanaście jajeczek, dziewięć się zapłodniło, ale jeden z zarodków obumarł na szalce. Przyjęła wszystkie pozostałe w czterech kolejnych transferach, ale drugi raz się nie udało.

 

– My te zarodki kochamy, bo to potencjalnie nasze dzieci, czyli to, czego najbardziej pragniemy. Zarodki są mrożone, można się potem zastanawiać, co się z nimi dzieje, na pewno trzeba to potem w jakiś sposób rozwiązać. Ale na przykład zrównywanie in vitro z aborcją jest już dla mnie jest ciosem w plecy. Ja, osoba, która nie pragnęła nic innego, jak mieć dziecko, oskarżana o to, że chciałam je zabić? Robiliśmy badania prenatalne, bo miałam prawie trzydzieści pięć lat, ale powiedziałam mężowi, jak one wyjdą niedobre, to trudno, ja rodzę. W życiu bym nie zrobiła aborcji. Gdyby się okazało, że płód ma zespół Downa czy inną wadę genetyczną, toby i tak było moje dziecko i bym je urodziła.

 

Joanna: – Nigdy nie spotkałam się z księdzem, który potępiłby mnie twarzą w twarz. Ale przeraziły mnie słowa arcybiskupa Józefa Michalika, że in vitro to wyrafinowana forma aborcji. Czemu księża nie wpłyną na polityków, nie żeby zabronić in vitro, ale żeby ograniczyć liczbę zarodków i nie zamrażać ich? W Polsce jest kilkadziesiąt tysięcy zamrożonych zarodków i nie wiadomo, co z nimi robić. Ale zupełnie odebrać rodzicom, którzy chcą mieć dzieci, możliwość in vitro, które może być dla nich jedyną szansą?

 

Głosem Kościoła, 6

 

„[…] są takie zespoły wad genetycznych, które wielokrotnie częściej występują u dzieci z in vitro niż u tych poczętych w sposób naturalny, zwłaszcza cztery takie zespoły: Pradera-Williego, Angelmana, Silvera-Russella oraz [Beckwitha-]Wiedemanna. Dziecko z zespołem Pradera-Williego może mieć na przykład opóźnienie rozwoju mowy, małogłowie, charakterystyczne cechy morfologiczne twarzy. Są tacy lekarze, którzy po pierwszym spojrzeniu na twarz dziecka wiedzą, że zostało poczęte z in vitro. Bo ma dotykową bruzdę, która jest charakterystyczna dla pewnego zespołu wad genetycznych […].”

ksiądz Franciszek Longchamps de Bérier,

 

członek zespołu ekspertów do spraw bioetycznych Konferencji Episkopatu Polski

 

Inni

 

– Ja do in vitro podeszłam bardzo naiwnie, przekonana, że Kościół katolicki je popiera, bo przecież popiera chęć posiadania dzieci. – Monika głaszcze burego Kryształa, który pręży się na jej kolanach i mruczy. – Wtedy się tyle o tym nie mówiło. Zupełnie nie pamiętam momentu, w którym odkryłam, że jest przeciw. Wydaje mi się, że byliśmy z Łucją na mszy, ona była wtedy malutka, i było kazanie, w którym pojawił się wątek in vitro. Tacy byliśmy dumni, zadowoleni, wreszcie się poczuliśmy jak rodzina, msza dla dzieci, te wszystkie matki z wózeczkami i my też tam w końcu mogliśmy być, a tu pac, nie chcą nas.

 

– Bruzda dotykowa? – zastanawia się Anna. – Dla mnie to część pewnej polityki, która ma grać na bardzo prostych, prymitywnych lękach. Co to znaczy, że dzieci z in vitro są inne? Wyróżniają się fizycznie, intelektualnie, poprzez zmieniony genotyp? Nikt do końca nie precyzuje, czy chodzi o zmiany w którymś chromosomie, czy o metylację DNA. Posługując się ogólnikami, wchodzimy w język kiepskiej powieści science fiction, gdzie na naszych oczach rodzi się jakaś nowa cywilizacja pół-hybryd, pół-potworków, które musimy tolerować, przebywają między nami, będą się z nami mieszać. Moim zdaniem polityką polskiego Episkopatu jest właśnie wzbudzenie w ludziach zrywu do palenia czarownic: nie akceptuję cię, nie umiem powiedzieć dlaczego, ale odejdź, jesteś inny, nienawidzę cię. I o to mam pretensję do Kościoła polskiego.

 

Do Anny od pewnego czasu, co parę miesięcy pisze kobieta, która podeszła do in vitro, będąc bardzo praktykującą i wierzącą katoliczką, zaszła w ciążę i urodziła synka.

 

Z częstotliwością wyznaczoną przez kolejne wydarzenia medialne wraca ze swoimi wątpliwościami, strachem. Ostatnio pisała tak: „Podeszłam do in vitro, wierząc, że nie zrobię krzywdy mojemu dziecku,a teraz dowiaduję się z oświadczenia Episkopatu, że to o ileś procent zwiększa ryzyko pewnych wad. Czy ja skrzywdziłam swojego syna?”. I Anna za każdym razem odpowiada: „Słuchaj, czy jeżeli moje dziecko w wieku siedmiu lat zostanie zdiagnozowane na ADHD, złamie nogę na trzepaku albo będzie miało alergię, to też będzie wina in vitro?”.

 

Monika: – Te wszystkie przekazy są dla mnie niejasne. Typowy dla naszego kleru patos, pompatyczność w wymowie, która niewiele znaczy. Nie wiem, co znaczą dzieci Frankensteina, czy to my, rodzice, jesteśmy jak doktor Frankenstein, czy lekarze, czy dzieci są jakieś złe? Ale w każdym razie przekaz jest jasny: jesteśmy nie tacy, jak trzeba.

 

Zmień się, Polsko

 

Anna: – Pamiętam dyskusję na forum rodzicielskim, gdy byłam w trakcie inseminacji, ale inni piszący wywnioskowali, że podchodzę do in vitro. Zobaczyłam wtedy, w jakim świetle postrzegana jest ta metoda. Matka pięciorga dzieci pisała, że nie mogę zajść w drugą ciążę, bo to kara za to, że się rozwiodłam z pierwszym mężem. Inna, że może jej mąż jest alkoholikiem, ale przynajmniej umie ją zapłodnić. A było to małe kameralne forum, gdzie ludzie znali się z twarzy.

 

– Czy Andrzej bał się, że to może mu w polityce zaszkodzić? Obawiał się dyscypliny partyjnej w czasie głosowania w sprawie in vitro w Senacie. Gdyby się wyłamał, mogliby go nawet wyrzucić. Pytałam: „I co zrobisz?”. „Zagłosuję zgodnie ze swoim sumieniem. A nie mam sobie nic do zarzucenia”. Najbardziej bał się wykluczenia przez ludzi, rodzinę, krytyki, wyśmiania. Pamiętam, że bardzo przeżył wypowiedź posła Suskiego dla Faktów TVN w 2007 roku: ja dzieci zrobiłem normalnie. Ludzie nie zastanawiają się, co mówią i jaki ból mogą sprawić koledze, który siedzi obok. – Joanna składa na kolanach polarową bluzę najmłodszego syna w coraz mniejszą kostkę. – Gdy w 2010 roku ukazał się artykuł w „Super Expresie”, że mam dzieci z in vitro, niektórzy przestali mi mówić „dzień dobry”. Czemu ludzie tak się zachowują? Myślę, że nie wiedzą i się nie zastanawiają, tylko działają na zasadzie: co ksiądz powiedział, to przyjmujemy za pewnik. Dlatego uważam, że powinnam o tym mówić, że to ważne.

 

Marta: – Chyba mam dużo szczęścia w życiu. Nie trafiłam nigdy na kogoś, komu bym powiedziała, jaka jest geneza mojej rodziny, i kto by powiedział, że to jest złe. W pracy wszyscy wiedzą. Mam przyjaciółkę, która mieszka na wsi, gdzie żyją ludzie bardzo religijni i głęboko wierzący. Wszyscy tam wiedzą, że moje dziecko jest z in vitro i wszyscy je kochają. Wierzę, że o in vitro trzeba mówić, bo ono staje się czymś kompletnie innym, kiedy ma twarz mamy Marty, taty Kuby i małej Julki, która jest cudowna i wyczekana. To całkiem inny temat dla człowieka, który nie wie, co o tym myśleć, niż hasło „dziecko z probówki”.

 

– Nie sądzę, żeby coś się zmieniło w podejściu Kościoła do in vitro. – Iwona sięga po filiżankę z herbatą. – Bardziej bym chciała, żeby coś się w Polakach zmieniło. Mamy sporo kontaktów międzynarodowych, choćby przez szkołę Michała, a ja nie ukrywam, że mam dzieci z in vitro. I dla ludzi to jest normalne: mieliście problem, rozwiązaliście go. A spotykam czasami ludzi z Polski, którzy dorastali w naszej wierze, i pada takie zdziwiono-oburzone: „Mieliście in vitro?!”. Pozostaje niedopowiedzenie, że to niezgodne z nauką Kościoła. Chciałabym, żeby zwykli, przeciętni ludzie otworzyli oczy i zobaczyli, że Kościół czasami się myli.

 

Nie dam się wyrzucić

 

– Najpierw była obraza. Przestaliśmy chodzić do kościoła na kilka lat. – Monika szuka na regale zdjęć z pierwszej komunii córki. – Paradoksalnie wróciliśmy dzięki Łucji. Jej niania, która pochodzi z bardzo wierzącej, wielodzietnej rodziny, zapytała, czy może ją zabrać na Bielanki, chór w kościele, który prowadzi jej córka. Zgodziliśmy się i Łucji się spodobało. Zaczęła tam śpiewać, trzeba było ją wozić, więc zaczęliśmy znowu bywać na mszy. Teraz, od pierwszej komunii, patrzę na nią, jak ona przyjmuje Eucharystię i troszkę jej zazdroszczę. Tak na co dzień się już do tego przyzwyczaiłam, ale straszne było to, że nie mogłam podejść do komunii w tym wyjątkowym dla niej dniu. A nie mogłam, Kościół uważa in vitro za grzech. Myli się, ale nie mogę wszystkiego kwestionować, bo co by zostało.

 

– Odchodzenie od Kościoła było procesem. Powoli przyznawałam się przed sobą, że jednak nie wierzę. Ale cały czas czułam się częścią Kościoła, bo byłam wychowywana jako jego członkini, to była ważna część mojej tożsamości. Raniło mnie, że ta wspólnota nagle zaczęła mnie traktować jak obcy element tylko dlatego, że mojemu ciału przydarzyła się niedyspozycja, która uniemożliwia mi poczęcie waginalne i każe korzystać z pomocy technologii – mówi Anna. – Pamiętam taki moment, gdy podchodziłam do in vitro albo byłam w bardzo wczesnej ciąży, kiedy wchodząc do naszego mieszkania z mężem, nagle upadłam na podłogę i zaczęłam histerycznie płakać. Nie wiedział, co się dzieje. A do mnie nagle wróciły słowa biskupa Tadeusza Pieronka, które usłyszałam wcześniej tego dnia, że in vitro jest realizacją idei Frankensteina. Nie mogłam pogodzić się z tym, że ktoś może wygłaszać w przestrzeni publicznej takie deklaracje i świat się nie kończy, a one przechodzą bez echa. Zapowiedziałam, że nie wrócę do Kościoła, jeśli biskup Pieronek mnie nie przeprosi. Zmieniło się tyle, że nawet gdyby mnie przeprosił, nie wróciłabym. Już nie czuję się częścią wspólnoty. Kuba jest ochrzczony, był u pierwszej komunii. Franek chrztu już nie ma.

 

Marta: – Mam problem, żeby się określić, co jest ze mną i wiarą. Ślub mieliśmy kościelny, chyba bardziej z uwagi na tradycję, bo Śląsk jest bardzo religijny. Julia jest ochrzczona. To było ważne dla moich rodziców, ale chyba też dla mnie, chciałam to zrobić dla Boga, który może jest i chyba też dlatego, żeby sobie nie zamykać drzwi.

 

Ale już z mszy z okazji roczku dziecka zrezygnowaliśmy. Na Śląsku to bardzo silna tradycja. Jak zapraszałam na pierwsze urodziny Julii, z ust wszystkich członków mojej rodziny padało pytanie: „A w którym kościele?”. A ja odpowiadałam: „Babciu, do domu zapraszam, ciociu, do domu”. „A, to msza będzie w inny dzień?”. „Nie będzie mszy”. To był pierwszy sygnał dla rodziny, że na mojej drodze do Kościoła stanęło coś bardzo poważnego i się odcinam, bo mi się nie podoba, co tam się dzieje. Bo Kościół wchodzi z butami w moje życie i wartości najwyższe w nim, nie akceptuje mojej rodziny, sposobu, w który urodziło się moje dziecko, a wręcz neguje, oskarża, wyzywa od morderców. Trochę mi żal, bo łatwiej jest w życiu, kiedy się w coś wierzy.

 

Iwona: – Gdy podchodziłam do pierwszego in vitro, potrzebowałam bardzo tego wsparcia. Chyba bym sama nie przeszła przez to. Musiałam się o kogoś zaczepić i Bóg był fajnym punktem oparcia. Nawet na Jasnej Górze byliśmy. W pierwszym trymestrze miałam krwotoki. Myślałam, że już straciłam dziecko. Zaraz będę płakać. – Ociera łzy. – Pojechaliśmy się pomodlić, podziękować, bo wszystko się ustabilizowało i ciąża się rozwijała prawidłowo.

 

Oddaliłam się od Kościoła niedawno, przez te ich wszystkie publikacje, wypowiedzi. Poszłam, pamiętam, do polskiego kościoła w Monachium, gdzie wtedy mieszkaliśmy, gdy starałam się o drugie dziecko i usłyszałam, że in vitro to zło ostateczne. Zaczęłam się pytać: co ja tu robię? Ale nie mogę powiedzieć, że w pełni odeszłam. W jakiś sposób jestem z Bogiem, czasami ze sobą rozmawiamy.

 

Joanna: – Kiedy Andrzej zmarł, zostawił mnie z dwójką maleńkich dzieci i zarodkami, myślałam: „Gdyby był Pan Bóg, toby mi nie zrobił czegoś takiego, nie mógłby”. Przestałam chodzić do kościoła, modlić się. Dwa lata temu z powrotem nabrałam przekonania, że wierzę, tylko to już jest inna wiara, bardziej dojrzała, głębsza. Teraz się modlę o wszystko. Chłopcy wiedzą, że jesteśmy katolikami, noszą łańcuszki srebrne z Bozią, chodzą na religię. Pacierz znają cały, akty żalu, miłości. Codziennie rano w samochodzie najpierw Wiktor prowadzi „Ojcze Nasz”, potem Konrad „Zdrowaś Mario” i Arek „Aniele Boży”. Razem odmawiamy, żebyśmy mieli dobry dzień. Czasem sami mówią: „Mamusiu, pójdźmy do kościółka”. Ale z reguły chodzimy w tygodniu, boję się, żeby w niedzielę nie było listu na przykład arcybiskupa Michalika potępiającego in vitro. Oni wiedzą, skąd się wzięli, a nieprzemyślane słowo może tak zaboleć, że rana się już nigdy nie wygoi.

 

Monika: – Bóg jest zawsze ze mną. Codziennie przed snem z Nim rozmawiam. Moje dziecko jest ochrzczone, chodzi na religię. Ale już nie wierzę tak ślepo we wszystko, co powiedzą biskupi. Bo jeżeli się mylą w jednej kwestii, mogą się mylić też w innych. Mam wiele żalu do Kościoła. O to, że akceptuje język, jakim posługuje się prawica, a nawet sam go używa. Albo to, że in vitro nie jest leczeniem. Dlaczego Kościół tak bardzo chce to udowodnić? To sekty zabraniają się leczyć. No i jest strach. Msza w każdą niedzielę to moment strachu, że wcześniej czy później będzie jakieś takie kazanie. Wstanę, wezmę moje dziecko za rękę i wyjdę. I pewnie znowu się nie pokażę przez dłuższy czas. Czemu wciąż tu jestem? Nie umiemy z mężem celebrować inaczej naszej wiary niż w Kościele katolickim. Na blogu księdza Lemańskiego przeczytałam, że to my jesteśmy Kościołem, my, wierni, ksiądz jest tylko sługą, a my dziećmi. A poza tym to nie jest Kościół Terlikowskiego. Dlaczego on ma mieć bardziej rację niż ja? Jeśli odejdę, to kto ten Kościół zmieni?

 

Agnieszka Wójcińska - Tekst ukazał się w antologii "Walka jest kobietą" pod redakcją Urszuli Jabłońskiej (PWN, 2014)

 

EN

PL

Rekolektyw.pl logo.png

EN

PL